DROGI CZYTELNIKU

Mam nadzieję, że nie trafiłeś tutaj przypadkowo, a jeżeli tak, to zdecydujesz się zostać ze mną na dłużej.
Zapraszam Cię w podróż po świecie, który nie należy do najłatwiejszych.
Jestem kasjerem i codziennie walczę o przetrwanie. Powalczysz ze mną?

Category: kasjer

Praktyczny poradnik fatalnego klienta w 26 punktach

Wpis ten, jest kolejnym wpisem gościnnym. Tym razem autorzy, poprosili o anonimowość. Chcę jednak podkreślić, że Ich wspólne dzieło jest fenomenalne, a jeżeli ktoś pozbawiony jest poczucia humoru – proszę o wyłączenie tej strony. Nie potrzebuję tutaj wylęgarni frustratów. 😉 

UWAGA: poniższy tekst ma wydźwięk wyłącznie satyryczny i nie ma na celu urażenia kogokolwiek!

1. Wejdź do sklepu, nie witając się z nikim. Olej “dzień dobry” sprzedawcy. Mrucz półsłówka pod nosem, a zapytany po raz kolejny o to samo, zaprezentuj swoją imponującą skalę głosu, narzekając donośnie na nieuprzejmą i niekompetentną obsługę.

2. Ostentacyjnie machaj kasjerowi pieniędzmi przed nosem, gdy ten obsługuje jeszcze inną osobę. Niech wiedzą, że Cię stać!

3. Rzucaj pieniędzmi w kasjerkę. Przecież pozbiera.

4. Zaraz po otwarciu sklepu, kup pierdołę za 2.49 zł. Rzuć banknotem stuzłotowym o blat. Odegraj scenkę dantejską pt. “ALE JAK TO NIE MACIE WYDAĆ?!”

5. Po zakończeniu poprzedniego punktu, przypomnij sobie o gumach do żucia za 3.29 zł. Rzuć w kasjerkę wydaną ci przed chwilą pięćdziesiątką.

6. Kulturę zostaw w domu, nie potrzebujesz jej przecież na zakupach. Do sprzedawcy zwracaj się tylko per ty i wyłącznie w trybie rozkazującym.

7. Głośno oświadczaj swojej latorośli, że jak nie będzie się uczył to skończy na kasie, jak ten pan. Upewnij się, że kasjer to słyszy. Rozkoszuj się jego smutną miną, kiedy wspomina swoje trzy z trudem ukończone fakultety i obronioną magisterkę. 

8. Pamiętaj, że będąc w sklepie ze swoją progeniturą, nie powinieneś jej ograniczać. Niech pobiega, pokrzyczy, postrąca rzeczy z półek. Rozbiło kosmetyki za łączną kwotę równowartą połowie twojej wypłaty? Oj tam oj tam, to przecież tylko dziecko. 

9. Bądź święcie zbulwersowany, że pół godziny przed zamknięciem sklepu nie ma już świeżego pieczywa, a to, które jest, nie opuściło pieca przed chwilą.

10. Domagaj się prywatnego numeru do kierownika, dobrze wiesz, że infolinia nie odbierze po raz dziesiąty tego samego frustra… to znaczy, zirytowanego klienta.

11. Narzekaj absolutnie na wszystko. Bułki za suche, owoce za miękkie, warzywa za mało dojrzałe, z mięsem też coś nie tak. Domagaj się niekończącej się wymiany towarów, po czym ureguluj zawrotny rachunek na kwotę 3.29 zł.

12. Zrób dokładnie to samo, uprzedzając wcześniej pytaniem: “A bo ja wiem, co mi pani poleci?”

13. Pytaj o skład/pochodzenie/historie życia dziesięciu różnych produktów, a po usłyszeniu satysfakcjonującego Cię długością elaboratu stwierdź, że jednak nie jesteś zainteresowany.

14. Będąc trzeci w kolejce, domagaj się otwarcia drugiej kasy w trybie natychmiastowym, bo strasznie Ci się spieszy. Wychodząc ze sklepu idź spacerkiem na przystanek, zatrzymując się by odpalić fajkę.

15. Widząc, jak kasjerka obsługuje właśnie kogoś przy kasie, zażądaj podania sobie piw z lodówki. Nic z tego, że to sklep samoobsługowy. I tak jej za to płacą.

16. Na dosłowną chwile przed zamknięciem, idź na spore zakupy, bo przecież nie ma nic na śniadanie. Informacje obsługi o zamknięciu zignoruj, bo i tak Cię nie wyrzucą. Rób zakupy bardzo powoli.

17. Zacznij oskarżać kasjera o brak towaru, którego nigdy w sklepie nie było. Zażądaj dodatkowo rozmowy z kierownikiem, bo inaczej pójdziesz gdzie trzeba, by załatwić ten sklep.

18. Gadając przez telefon w najlepsze podejdź do kasy, rzuć prośbę o fajki i pięćdziesiąt złotych na ladę. Ignoruj pytania ze strony kasjera, bo plotki są ważniejsze od jakiejś płotki. Po przebiciu paragonu, weź fajki do ręki i naubliżaj kasjerowi, bo dał Ci złe i na dodatek pewnie sprzedał droższe.

19. Wejdź do sklepu i poproś o setkę wódki. Zapytany o dowód osobisty powiedz, że masz to gdzieś i chcesz fajki. Na info o procedurach, odpowiedz że procedurę to Ty zrobisz, jak zadzwonisz na policję i dodatkowo poczekasz sobie aż ten kasjer wyjdzie i skończy prace.

20. Widząc na terminalu odmowę, związaną ze zbyt małą ilością gotówki powiedz kasjerowi, że to Jego wina i nie umie go obsłużyć, a pewnie dodatkowo i tak Ci ściągnął pieniądze z konta. Powiedz, że wrócisz z policją i kontrolą i rzuć w ścianę alkoholu przedmiotem, który chciałeś kupić. Pokaż w końcu, kto tu rządzi.

21. Na dworze minusowa temperatura. Wchodząc do sklepu zaczynasz się wściekać na kasjerkę za to, że ma włączone ogrzewanie, a Tobie się robi za ciepło i za chwilę się spocisz i Ciebie zawieje, jak wyjdziesz.

22. Widząc, że kierownik przyjmuje dostawę, wchodzisz do sklepu, jak pan na włości. Na informację, że sklep otwarty od siódmej, odpowiedz że drzwi są otwarte i nie ma informacji o godzinach pracy. Zaprowadzony pod drzwi, z kartką pod nosem, odpowiadasz że nic nie widać i wychodzisz obrażony.

23. Krążąc po sali piszesz romantyczne poezje do dziewczyny. Zrzuć piwo ze stojaka i idź do kasy z zakupami. Gdy kierownik każe doliczyć do rachunku zbite piwo, to mówisz że nie zapłacisz i co ci teraz zrobią?

24. Żądaj napoczęcia nowej partii produktu. Zawsze.

25. Wejdź do sklepu z koleżanką, której nie widziałaś całe dwa miesiące i przez kwadrans głośnym tonem wymieniajcie się intymnymi nowinkami ze swojego życia. Dodatkowe punkty za pieluchy, kupy, nietrzymanie moczu i wizytę u proktologa.

26. Poproś o podanie Ci jednej sztuki/plasterka/kawałka z każdego posiadanego przez sklep w asortymencie produktu na wagę. Mrucz pod nosem, że trwa to strasznie długo.

Autorzy: Pokrzywa i Rafał

Ty także możesz współtworzyć tego bloga! Jeżeli tylko masz ciekawą historię z sali sprzedaży, z którą chciałbyś się ze mną podzielić, napisz do mnie! (Historia może być opisana zarówno z perspektywy kasjera, jak i klienta). Istnieje duża szansa, że nawiąże z Tobą kontakt, a Twój wpis trafi na bloga. Poniżej załączam formularz kontaktowy. 

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Biedronka zatrudniła Ewę! Ewa znalazła pracę!

Ponad miesiąc temu, a dokładniej – 12 grudnia 2019 r., umieściłam post na Facebook-u, w którym to zwracam się z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy dla Ewy, która nie słyszy od urodzenia (dla przypomnienia wrzucam post).

Zasięg posta był bardzo duży. Dotarł on do ok. 35 tys. odbiorców. Dostałam wiele wiadomości od Was z radą, gdzie Ewa mogłaby złożyć CV, żeby wreszcie Jej się udało. Każdą Waszą radę, przekazywałam Ewie z nadzieją, że w końcu los się do Niej uśmiechnie. I udało się!

7 stycznia 2020 r. pod postem, napisała Biedronka.

Niemal natychmiast, napisałam do Ewy, aby nawiązała kontakt z Biedronką w tej sprawie. Jak się później okazało, Ewa kilkukrotnie aplikowała już do tej firmy, jednak bezskutecznie. Tym razem się udało! W ten sposób, Ewie udało się zdobyć pracę w jednej z rzeszowskich Biedronek i chociaż musi dojeżdżać do niej ok. 50 km to i tak jest to niesamowity sukces. Sukces, który wypracowaliśmy wszyscy razem.

Poniżej, kilka słów od Ewy:

Witaj moja droga. Pierwszy dzień bardzo udany. Połowa czasu pracy to czytanie przepisów BHP itp. A druga połowa, to praca na sklepie. Stali klienci od razu poznali, że jestem nowa.  Nawet rozmawiali ze mną.  A jeden starszy Pan, był tak zapatrzony, aż powiedział mi, że zapomniał co miał kupić!

Witaj! Wczoraj miałam drugi dzień pracy. Dalsze czytanie procedur itp. Potem towarowanie – jak ja to kocham . Czas zleciał szybko. Dziś trzeci dzień i również towarowałam, a potem już sprzątanie. Całe zaplecze dla pracowników. umycie wszystkich drzwi wraz z podnoszoną kurtyną do magazynu. Dziewczyny super i kierownik też.  Aż się dziwię… tyle się naczytałam, jak to ciężko w Biedronce.  Guzik prawda!  W Tesco miałam dużo, dużo więcej roboty. Jutro i pojutrze mam wolne, a do pracy wracam w środę, na drugą zmianę. Jestem mega happy, to nic że daleko. Tyle miałam strachu i obaw. A idzie, jak po maśle. Nie spodziewałam się, że taka miła  atmosfera będzie. Wreszcie czuje się potrzebna.

Kochany blogu, kochany Facebook-u, kochana Biedronko – DZIĘKUJĘ! To dla mnie także ogromna ulga i kamień z serca, bo każdego dnia myślałam o Ewie, która w wyniku likwidacji Tesco, straciła stałą pracę. Dziękuję także portalowi Praca.pl, który również zaangażował się w pomoc. Dziękuję za każde udostępnienie, bo tylko dzięki temu mamy szczęśliwy finał tej akcji.

Fot. archiwum prywatne (za zgodą Ewy)

Dziękuje w imieniu Ewy i własnym...

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Jak sklepy oszukują na datach ważności produktów?!

Oszukiwanie na datach ważności produktów spożywczych, to temat, który na tyle mnie zezłościł, że musiałam stworzyć coś bardziej obszernego, niż zwykły post na Facebook-u. Ci, którzy śledzą moje social media, widzieli zapewne post, w którym to zwracam uwagę na łamanie norm i zasad przez pracowników jednej z sieciówek spożywczych. Klientem tego sklepu może być każdy z nas. Każdy więc, narażony jest na uszczerbek na zdrowiu, a nawet i życiu…

W związku z tym, chciałabym opublikować moją rozmowę z czytelniczką bloga, która w tej sprawie wie na tyle dużo, żeby móc się z Wami podzielić cennymi informacjami. W artykule nie została ujęta nazwa sieci, ale chyba każdy jest świadomy, o którym sklepie mowa – liczę na Waszą spostrzegawczość. 

- Jak długo pracujesz w tej firmie?

– Nie pracuje tu długo, bo od dwóch lat, ale to wystarczyło, żebym mogła zobaczyć rzeczy, które nigdy nawet nie przyszłyby mi do głowy.

- Kiedy zauważyłaś jakieś nieprawidłowości, tak jak przeterminowane produkty, które z powrotem trafiają na sale sprzedaży po zatuszowaniu daty ważności?

– Jakoś w listopadzie ubiegłego roku. Najpierw kierowniczka poprosiła mnie, abym sprawdziła lodówkę z nabiałem. To było chyba po 11 listopada, więc dwa dni sklep był zamknięty. No i cały taki wózek rzeczy, 1-2 dni po terminie zebrałam. Zawiozłam je na magazyn, sądząc że trafią one do odpisu.

- Co się później stało z przeterminowanym towarem? Jak reagowała kierowniczka na ilość produktów po terminie?

– Kierowniczka była w szoku, że tyle rzeczy aż zebrałam. Ona nie odpisuje tych rzeczy po terminie. Robią to inne osoby, tak zwani zastępcy kierowniczki. Kiedy kierowniczka poszła do domu, to koleżanka z drugiej zmiany przeglądała te rzeczy i  zaczęła je sortować. Myślałam, że może coś wsadziłam tam z dobrym terminem, ale pół godziny przed moim końcem pracy, kazała mi połowę tych rzeczy wsadzić do lodówek z powrotem. Kiedy zobaczyłam zmienione daty, to aż ręce mi opadły.

- A czy kierowniczka jest w pełni świadoma tego, co zastępcy robią z przeterminowaną żywnością? Rozumiem, że cała załoga sklepu jest wtajemniczona w ten proces i stało się to dla Was niejako normą?

– Szczerze? Nie mam pojęcia. Nie wiem, kto to wie i czy w ogóle. Za bardzo nie chce pytać, bo nie mogę stracić pracy.

- Czy zdarzyło się, że klienci wracali i skarżyli się, że zakupili produkt po terminie?

– Tak. Raz byłam tego świadkiem. Produkty np. dzień przed końcem terminu, zostają przełożone do wózka i wystawiane na promocji. Zdarza się, że stoją tak nawet po kilka dni, więc ich data przydatności skończyła się jakiś czas temu. I kiedyś pewien klient, kupił śmietanę na takiej promocji, a ona była 2 dni po terminie. Przyjęli zwrot, a koleżanka co mu to sprzedała, aż czerwona się zrobiła.

- A czy w Waszym sklepie nie istnieje możliwość dogadania się z przedstawicielami handlowymi co do wymiany produktów z krótką datą? To częsta praktyka, dzięki której sklep nie odnotowuje straty.

– Wydaje mi się, że chyba jest taka możliwość, choć do końca nie wiem. Na pewno owoce i warzywa podlegają wymianie. Są odkładane te nadpsute i je wymieniają. Tak samo soki – te w szklanych butelkach, które mają krótką datę ważności. Też te niesprzedane zabierają i wymieniają. Nie dam sobie ręki uciąć, co do reszty towaru.

- Czyli można wysnuć wniosek, że wina leży po stronie kierownictwa, bo źle zarządza sprawdzaniem przydatności produktów? Czy w Twoim sklepie macie wyznaczony np. jeden dzień w tygodniu, w którym regularnie sprawdzacie towar pod względem dat ważności, czy robicie to z przypadku?

– Nabiał sprawdzany jest codziennie. Przynajmniej ja tego pilnuje w 100%. A reszta towaru np. długoterminowego, to nie wiem. Od początku tego tygodnia sprzątamy sklep. Mycie półek, nowe ceny. Ja właśnie myłam półki ze słoikami. Ogórki, surówki, dżemy itp. No i cały koszyk “kwiatków” zdjęłam. Ostatnio robiłam porządek z mąkami. Znalazłam 3 sztuki z roku 2018.

- Co będzie z tymi zdjętymi produktami? Rozumiem, że data ważności zostanie zamazana i zostaną one wystawione ponownie?

Pojęcia nie mam. Możliwe, że nie zostaną wystawione ponownie, bo niektóre strasznie w środku wyglądały. Przecież tam dużo chemii i innych. To nie domowe ogórki, czy inne takie. Aczkolwiek, co z tym się stanie nie wiem. Te słoiki, niektóre nawet pół roku były po terminie. 

- A jak jest z pieczywem?

Pieczywo jest dostarczane z kilku piekarni. Z jednej, czasem mrożą chleb. Na drugi dzień go rozmrażają i każą kroić i sprzedawać. U nas się kroi pieczywo na sklepie. Przeważnie po południu go rozmrażają. Z tej piekarni właśnie pieczywo 2 razy dziennie przychodzi. Rano i w południe, więc po co oni to robią, to ja pojęcia nie mam. Ja pracuje na środkowej zmianie, więc widzę takie rzeczy, a o chlebie niedawno się dowiedziałam.

- A czy są widoczne etykiety z informacją dla klientów, że dane pieczywo było mrożone?

Nie. To są całe bochenki bez żadnych etykiet, dlatego klient nie ma pojęcia, że pieczywo było wcześniej mrożone. Mięso też mrożą i potem rozmrażają, a mięsa się dwa razy nie mrozi przecież. A ktoś np. kupi nieświadomy i zamrozi drugi raz. Ryby tam w lodówce leżą zamrożone, niektóre od września 2019. Po etykietach widać, kiedy były drukowane ceny. A to mięso, jak oni rozmrażają, to skąd pewność, że klient, który to kupi, nieświadomy, że już było mrożone, nie zamrozi raz jeszcze. Pracowałam wcześniej w innym sklepie spożywczym. I tam było wszystko normalnie. Nikt nic nie mroził, żadnych przeterminowanych rzeczy. Owszem czasem coś się znalazło, ale na bieżąco było to ściągane. Dlatego, tu jak zobaczyłam co jest grane, to szczękę z podłogi zbierałam tydzień czasu. Z tego co słyszałam, to w tej sieci, to norma. Nie tylko u mnie w mieście. Ja wiem, że to sklepy, co czasy PRL pamiętają, ale bez przesady – szok, szok i jeszcze raz szok. U nas sklep położony jest na osiedlu przy blokach. Większość klientów to emeryci. Kurczę, słabo mi się robi. Czasami taka starsza pani czy pan, nie pomyśli, żeby sprawdzić datę ważności. Głównie o ten nabiał mi chodzi, bo tego jest najwięcej. I kto ma wziąć odpowiedzialność za ewentualny uszczerbek na zdrowiu?

Ty także możesz współtworzyć tego bloga! Jeżeli tylko masz ciekawą historię z sali sprzedaży, z którą chciałbyś się ze mną podzielić, napisz do mnie! (Historia może być opisana zarówno z perspektywy kasjera, jak i klienta). Istnieje duża szansa, że nawiąże z Tobą kontakt, a Twój wpis trafi na bloga. Poniżej załączam formularz kontaktowy. 

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Kasjerzy na święta – kulisy powstawania projektu

Czasami już tak mam, że gdy wpadnie mi coś do głowy, to nie chce z niej wyjść. I choć z pozoru ta rzecz, wydawać by się mogła nierealna, im więcej o niej myślę, tym staje się bliższa, by na końcu przybrać kształt osiągalnej…

Czasami narzekam na swój system pracy. Pracuję systemem 12 h. Bywa, że trafią się trzy dwunastki pod rząd, a wtedy następuje eskalacja zmęczenia. Wraz z nim jednak, często wpadam na pomysł, który związany jest z moją blogową działalnością. I wtedy stwierdzam, że mój system pracy jest idealny!

I tak było 4 listopada 2019 r. Wróciłam do domu późnym wieczorem. Szybki prysznic, a po nim krótki przegląd skrzynki e-mailowej i wiadomości z Facebook-a, by wreszcie móc położyć się spać. Już miałam wyłączać laptopa, gdy w głowie zrodziła się wizja piosenki, która miałaby przybrać świąteczny klimat z ukłonem w stronę pracowników handlu. Tylko, jak tego dokonać? Niewiele myśląc i nie zastanawiając się kompletnie nad samym faktem ewentualnej realizacji, jeszcze tego samego wieczora wrzuciłam post, który powinien Wam być doskonale znany:

Wasz odzew był niesamowity, co utwierdziło mnie tylko, że może i warto byłoby zrobić coś bardziej na poważnie. Kolejnego dnia miałam wolne od pracy. Wstałam wcześnie, aby móc skupić się na ogarnięciu swoich myśli, których pęd wybijał mnie totalnie ze snu. Szybkie pytanie do samej siebie: “Jakie mam możliwości?” – szybkie pytanie, szybka odpowiedź – “Praktycznie żadne.” Wiedziałam jedynie tyle, że na pewno napiszę tekst i że raczej z tym nie będzie żadnego problemu. 

Przejrzałam swoją listę znajomych, żeby sprawdzić, czy znajdę w niej kogoś, kto ma możliwości wokalne (z dostępem do studia, ewentualnie z mikrofonem o wysokiej jakości). Scroll, scroll, scroll. Jest i Ona! Pomyślałam:  “A co mi tam, napiszę… najwyżej odmówi.” Nie odmówiła. Jej entuzjazm do całego projektu był duży, co uspokoiło mnie na tyle, że sama uwierzyłam, że może to się udać. Umówiłyśmy się na kolejny tydzień na nagranie wokalu. 

W poście na FB zachęciłam także innych kasjerów z różnych sieci, aby włączyli się w ten projekt i wspólnymi siłami – za zgodą swoich przełożonych nagrali sceny, które miałam później wykorzystać w teledysku. Otrzymałam kilkadziesiąt wiadomości prywatnych, w których zgłosiliście chęć uczestnictwa w projekcie – za które bardzo Wam dziękuję. Pozostało zatem doprecyzowanie szczegółów. Poprosiłam Was o zadeklarowanie 100% chęci i zgody od przełożonych oraz konkretnej daty otrzymania od Was nagrania. I tu zaczęły się schody…

A skoro już mowa o teledysku – choć tekst piosenki napisałam dopiero kolejnego dnia, wiedziałam doskonale, że muszę zrobić wszystko, aby ogarnąć temat nagrania wideo. Zatem, jak trwoga, to do przyjaciół z Facebook-a… Tym razem nie było już tak kolorowo. W swoim gronie znajomych, nie odnalazłam nikogo, kto trudnił by się szeroko rozumianą video produkcją. “Niech to szlag!” – pomyślałam. Jednak nie poddałam się i znalazłam za pośrednictwem ogłoszenia, człowieka który wszedł w ten projekt całym sercem. 

Zatem nie pozostało mi nic innego, jak nawiązanie dialogu ze znaną mi wcześniej fundacją, która jest prospołeczna i lubi wchodzić w takie projekty, jak mój. Wymiana kilku wiadomości spowodowała, że udało mi się uzyskać pewną sumę pieniędzy, która umożliwiła mi realizację projektu w sposób totalnie profesjonalny – dokładnie taki, jak sobie wymarzyłam. 

OK, czyli miałam już załatwiony wokal, ogarnięte sprawy z video produkcją oraz środki pieniężne. “Cholera… nie mam tekstu piosenki!” I tą myślą zakończyłam dzień, który był dla mnie na tyle szczęśliwy, że cały stres związany z organizacją projektu zszedł ze mnie na dobre.

Jak wspomniałam wcześniej, system 12 h może mieć swoje zalety. Kolejną z nich jest fakt, że po poprzednim dniu wolnym, miałam następny.✌ Nie było na co czekać, usiadłam do pisania tekstu. Na szczęście poszło, jak z płatka. “Czyli mamy komplet… Czy coś może pójść nie tak?”

Po napisaniu tekstu, dotarło do mnie, że nie mam miejsca, w którym mogłabym nagrać, to co sobie wyobrażałam, a czasu jest już naprawdę niewiele. Zbliżała się połowa listopada, co oznaczało, że pozostała jedyna niehandlowa niedziela, która umożliwiłaby mi realizację mojej wizji. Zatem czas na rozmowę z moją Dyrekcją i prośbę o zgodę od centrali, a to nie zapowiadało fajerwerków. Sami wiecie, jak jest… Wiedziałam natomiast, że centrala zna mój blog i póki co, nie blokowała w żaden sposób jego działalności – to był jedyny promyk słońca, który uzbroił mnie w pozytywny vibe. 

Rozmowa z Dyrekcją przebiegła w bardzo miłym tonie. Kilka pytań o konkrety, szybkie zaprezentowanie całej wizji i sensu projektu. Następnie prośba o przesłanie tekstu piosenki, który spotkał się z dużą przychylnością. Pozostało jeszcze tylko czekać, na odpowiedź z centrali. 

Po tych słowach zeszło ze mnie wszystko. No przecież tak się układa to w całość, że finał musi być tylko jeden – uda się na bank! 

Schody, o których pisałam wyżej zaczęły się na dwóch poziomach. Po pierwsze, kasjerzy, którzy zadeklarowali chęć uczestnictwa raz po raz zaczęli się wycofywać z projektu. Powód był dla mnie jak najbardziej zrozumiały i nie mam do Nich żadnych pretensji. Sama pracuję w sieci i wiem, że bez zgody przełożonych pewnych rzeczy zrobić się po prostu nie da. Czyli, brakuje mi trochę minut, które miały posłużyć do wypełnienia teledysku. “To nic, coś się wymyśli”.

Po drugie… 12 listopada byłam umówiona ze znajomą na nagranie wokalu. Tego samego dnia, otrzymałam od Niej wiadomość, że niestety, ale nie może tego zrealizować z powodu dysfonii po weekendowym śpiewaniu na weselu. Jest 12 listopada – nie mam gotowej piosenki, a 17 mam umówioną całą ekipę na kręcenie teledysku i jest to jedyny realny termin. Kolejna niedziela, była handlową, a następna po niej to już grudzień. Bez sensu przeciągać projekt, gdy święta za pasem.  “Teraz to się na bank nie uda…” 

Zatrzymałam się na moment, usiadłam i lekko się podłamałam zaistniałą sytuacją. Burza myśli w głowie spowodowała jednak, że zaczęłam szukać rozwiązania, by udowodnić chyba przede wszystkim sobie, że jeśli się bardzo chce, to się da. 

“Kto z obcych mi ludzi, będzie chciał zaangażować się w taki projekt, który pewnie dla niego będzie bezsensowny?” W dodatku potrzebowałam kogoś z profesjonalnym wokalem i możliwościami nagrania tego w wysokiej jakości. Jak w 4 dni robocze to zrealizować, tym bardziej, że miałam na głowie jeszcze pracę, która nie pozwala mi na kontakt ze światem zewnętrznym. Zamknięcie w sklepie na 12 h = odcięcie od wszelkich możliwości. “No nic, piszę gdzie się da, może akurat ktoś…”

Z nieba spadła mi Agata Jędrzejewska, którą znam wyłącznie wirtualnie. Odpowiedziała na moje ogłoszenie w błyskawicznym tempie. To profesjonalna wokalistka, która występowała w kilku produkcjach telewizyjnych. Tym bardziej byłam zdziwiona Jej zaangażowaniem. Co więcej… następnego dnia, dostarczyła mi nagranie, które rozwaliło mnie na łopatki. Mam nadzieję, że Was też, bo lepszego wykonania nie mogłam sobie wyobrazić. Agata – dziękuję! Swoją drogą, po wymianie kilku wiadomości, być może uda nam się nawiązać stałą współpracę, ale to już poza blogiem. 

Z wielką rezerwą podeszłam do całego tematu, twierdząc że nie ma co się cieszyć na zapas, bo jeszcze wszystko może się wysypać. Na szczęście reszta poszła całkiem gładko. Kuba Dworak, który zajął się oprawą wizualną to majstersztyk obiektywu i świetnie nam się razem współpracowało. Przede wszystkim słuchał i był otwarty na wszelkie wizje. Jeżeli coś Jego zdaniem było zbędne, jasno o tym komunikował, dlatego wypracowaliśmy wspólnie system, który zaowocował tym, co sami mogliście zobaczyć. 

Ktoś, mógłby pomyśleć lub powiedzieć, że nadmiernie ekscytuję się tym wszystkim, bo to tylko piosenka, nic wielkiego. Dla mnie to coś więcej. To przede wszystkim ludzie, którzy zaufali mi i weszli w ten projekt właściwie w ciemno, nie do końca wiedząc, jaki będzie jego finał. W tym miejscu dziękuję z całego serca dziewczynom, które poświęciły wolną niedzielę i wspólnie ze mną zrobiły niezły cyrk – grunt to mieć dystans do siebie! Dziewczyny – jesteście NAJLEPSZE

Sama realizacja projektu to jedno. Kasjerzy na święta, to przede wszystkim protest song, wymierzony trochę w klientów, ale nie w sposób agresywny. Absolutnie! Chciałam, aby projekt ten stał się nicią porozumienia, pomiędzy pracownikami handlu, a klientelą, która nie zawsze sprawiedliwie i po ludzku traktuje kasjerów. W okresie świąt jest to szczególnie widoczne, gdy natężenie kupujących zwiększa się z minuty na minutę. Za ladą, czy taśmą stoi człowiek, a to największe dobro tego świata. Dlatego…

– nie tylko na święta.

P.S. Facebook odblokował grupę Jestem kasjerem, która została wyłączona na miesiąc z użytkowania. W związku z tym, mamy teraz 2 grupy (bo w międzyczasie założyłam nową). Możecie dołączyć także, do tej nowej, ale posty będą publikowane tylko na starej. Nowa będzie pełnić funkcję zabezpieczającą, w razie gdyby FB znowu wpadł na pomysł nałożenia jakiejś blokady. ŚWIETNIE WAS CZYTAĆ PO TAK DŁUGIEJ PRZERWIE – TĘSKNIŁAM!

Pierwotna grupa
Grupa awaryjna

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

Zajrzyj także do wpisów gościnnych innych kasjerów:
https://jestemkasjerem.pl/wpisy-goscinne/

Masz ciekawą historię z sali sprzedaży? Napisz do mnie, a całkiem możliwe, że trafi ona na bloga, jako wpis gościnny.

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Typy kasjerów – zdejmij maskę kasjerze!

W ostatnim wpisie, mogliście przeczytać o tym, w jaki sposób postrzegam klientów. Podzieliłam ich na kilka typów, które w moim odczuciu występują najczęściej i są najbardziej charakterystyczne – kto nie zdążył jeszcze przeczytać, zachęcam do nadrobienia (KLIKNIJ TUTAJ). Już w czasie tworzenia poprzedniego wpisu, jakby z automatu, przyszła mi myśl, że to trochę niesprawiedliwe i nawet może  krzywdzące z perspektywy klienta, gdy próbuję go wcisnąć w określone wzorce zachowania. Nikt nie lubi, gdy się go ocenia lub kategoryzuje. Oczywiście dodać muszę, że typy klientów to wpis humorystyczny, który w krzywym zwierciadle przedstawia codzienność na sali sprzedaży. 

Dla jasności… nie tłumaczę się z poprzedniego wpisu, bo komuś się on nie spodobał. Wręcz przeciwnie, odbiór był bardzo pozytywny. Chciałam jednak zrobić pewien wstęp do tego, co przeczytać będziecie mogli za chwilę.

– to właśnie ta myśl, towarzyszyła mi nieustannie, podczas tworzenia poprzedniego wpisu. I choć broniłam się przed nią, jak tylko mogłam, to i tak wciąż siedziała mi w głowie i nie wyjdzie z niej dopóki tego nie zrobię. Także wybaczcie mi. Wiem, że mogę sobie strzelić tym wpisem w kolano, gdyż większa część moich odbiorców to właśnie kasjerzy, ale podejmuję się wyzwania. Wpis ten tworzę na bazie własnych doświadczeń, bo przecież do licha, ja też jestem klientem. Przyznaje także, że niektóre zachowania dostrzegam w sobie, więc biję się niestety w pierś i od dzisiaj rozpoczynam pracę nad sobą, aby stać się kasjerem na medal.🥇  No to zaczynamy!

1. Kasjer - automat.

To typ kasjera, który ze względu na swój charakter pracy, występuje chyba najczęściej. Spotkać go można dosłownie wszędzie – w kinie, w spożywczym lub na poczcie. Klienta traktuje bardzo oschle i z automatu. W jego mimice nie dostrzeżemy życzliwego uśmiechu. Ma być szybko! Klient, za klientem – to jego całodniowy cel. Jest zapowiedzią kas samoobsługowych, a pracę traktuje bardzo zadaniowo. Nie ma czasu na spontaniczny żart z klientem. Choć to przykre, kasjer jak automat stał się trybikiem w olbrzymiej maszynie zwanej handlem. I tutaj na myśl przychodzi mi coś, co mi osobiście zdarza się bardzo często. W szczególności, gdy w kolejce ustawiło się sporo osób oczekujących do kasy… Podchodzi klient i niepytany o kartę lojalnościowa, sam mi ją wręcza. Ja ją z automatu skanuję i oddając mu ją, rozpoczynam znaną wszystkim formułkę:

 – mina klienta jest wtedy bezcenna. Totalnie nie wie co powiedzieć, patrzy się na swoją dłoń, w której trzyma kartę lojalnościową i próbuję tłumaczyć, że przed chwilą ją właśnie zeskanowałam. Na szczęście w porę się reflektuję i przepraszam go za swoje roztargnienie. W takiej sytuacji zawsze staram się wyjść z uśmiechem, żeby klient nie pomyślał, że ma do czynienia z kretynką. 🤭 To kolejny dowód na to, że powielane schematy (w tym wypadku obsługa kasowa) przyczynia się do wyrobienia nawyków, które często przekładają się na niski poziom obsługi. Niemniej wciąż utrzymuję, że uśmiechem i pozytywnym nastawieniem można wybrnąć z każdej sytuacji. 

2. Kasjer - ignorant.

Zdarzyło mi się kilka razy robić zakupy, podczas gdy personel prowadził ze sobą rozmowy o życiu prywatnym. Uwierzcie mi, nie wygląda to zbyt dobrze. I choć wiem, że jesteśmy tylko ludźmi i czasem każdy ma potrzebę opowiedzenia o swoich problemach koleżance z pracy… zawsze można zrobić to na zapleczu. A jeżeli już na sali sprzedaży, to błagam nie przy kliencie. Nie tak dawno robiłam zakupy w moim ulubionym sklepie (swoją drogą nie odważyłam się jeszcze na to, aby wręczyć pracownikom tego sklepu wizytówki JK, przyznam że z tego sklepu czerpie sporo inspiracji 😃)…

Za kasą stały 2 dziewczyny, jedna wykładała towar, druga kasowała produkty. Nie należę do klientów, którzy gdy nadchodzi ich kolej, głośno przypominają o swoim istnieniu. Chciałam skorzystać z opcji wypłaty gotówki, bo pobliski bankomat niestety był nieczynny, dlatego zwyczajnym tonem próbując nawiązać choć minimum kontaktu wzrokowego rozpoczęłam:

Dziewczyny za kasą w dalszym ciągu gderały w najlepsze. Kasjerka zeskanowała wszystkie moje produkty, a gdy przyszedł moment zapłaty uzyskałam kwotę całego rachunku. Włożyłam więc kartę do terminala (wymóg podczas wypłaty gotówki), po czym otrzymałam paragon i na koniec:

A gdzie moje 100 zł? Nie odchodzę więc od kasy i kulturalnie zadaje pytanie, co z moim cashbackiem, a kasjerka jakby z księżyca oznajmia, że nie wiedziała że chcę wypłacić pieniądze. No tak, jak mogła wiedzieć, skoro zajęta była opowiadaniem o swoim synku? Dla sprostowania – nie jestem idealnym kasjerem i też zdarza mi się prowadzić rozmowy z koleżankami na sali sprzedaży. Niemniej, zawsze gdy widzę w pobliżu klienta, przerywam, bo po pierwsze nie chcę, żeby wiedział o czym opowiadam (jeżeli są to moje sprawy osobiste to tym bardziej), a po drugie to jest okropnie nieprofesjonalne. Bądźmy profesjonalni w tym co robimy, tym bardziej gdy jest to praca za kasą. Tylko w ten sposób możemy odczarować stereotyp kasjera. Uwierzcie, że obsługa na wysokim poziomie potrafi wywrzeć niesamowite wrażenie i raz zapamiętana może przynieść pozytywną odpowiedź zwrotną w postaci: 

… aż serce rośnie.💓🧡💛💚💙💜

3. Kasjer - skaner.

Jakby to ująć, żeby nikogo nie urazić? Myślę, że w gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego, ale jakby się tak głębiej nad tym zastanowić to tkwi w tym pewien ułamek dyskryminacji. Kasjer – skaner, to nie tylko osoba, która skanuje produkty. Ona także skanuje klienta, często od stóp do głowy. Zwraca uwagę na ubiór, postawę, sposób poruszania się klienta, by po obsłudze jegomościa poplotkować na jego temat z pierwszą lepszą napotkaną koleżanką. 

Przyznać się, komu chociaż raz się zdarzyło? No właśnie… Osobiście rzadko kiedy przyglądam się klientom w taki sposób. Ogólnie mam problem z zapamiętywaniem i gdy podejdzie do mnie koleżanka i stwierdzi: “Ale modowego świra przed chwilą obsługiwałaś” – nie jestem w stanie jej przytaknąć, bo najczęściej nie wiem o co chodzi. Po drugie, uważam że to nie jest ok, bo przecież każdy może mieć swój styl i takie powierzchowne oceny zawsze wzbudzały we mnie negatywne odczucia. Po prostu staram się nie szufladkować, a niektórzy robią to po mistrzowsku. 

4. Kasjer 55+

Żeby nie było, że kasjer to zło wcielone, opowiem o kategorii, która przypadła mi do gustu najbardziej. Bardzo szanuję starszych od siebie ludzi. Uwielbiam ich mądrość życiową, jednak w sklepie ich życiowe zmęczenie jest bardzo widoczne. Oczywiście wszystko zależy od nastroju w danym dniu, więc niekoniecznie jest tak, że to doświadczenie przyczynia się do wypalenia zawodowego. Nie tak dawno miałam sytuację, w której to robiłam zakupy w moim drugim ulubionym sklepie (tak, mam same ulubione sklepy, wszystkie kocham, żadnym nie gardzę.)🙃

Jeżeli mam wybór, to zawsze podchodzę do Pani 55+, bo jakoś mi tak milej, tym bardziej że wiem, jak bardzo praca w handlu daje się we znaki, dlatego staram się zawsze pozostawić takiemu kasjerowi jakieś miłe słowo. Kasjer 55+ niestety tego dnia nie był w dobrej formie, ale takiemu kasjerowi wybacza się wszystko❗ Zakupy robiłam rano jeszcze przed pracą (zmiana 12 h). Późnym popołudniem sytuacja się obróciła o 180 stopni. Kasjer 55+ przyszedł do mojego sklepu na zakupy. Jakie było jego zdumienie, gdy zobaczył mnie za kasą. Przez chwilę nawet się speszył, przypominając sobie naszą transakcję. 

Przełamanie lodów było potrzebne. Od tamtej pory, można powiedzieć, że jesteśmy dobrymi znajomymi i gdy robimy u siebie wzajemnie zakupy, zawsze zostawimy sobie dobre słowo. Po co o tym piszę? A no po to, by zawsze, ale to zawsze brać pod uwagę to, że każdy jest tylko człowiekiem i każdy ma prawo do chwili słabości. Nie ma ludzi idealnych, a każdy błąd można naprawić. Wystarczy chcieć. Takie banały, ale jakże ważne w życiu. Co do kasjerów 55+. Uważam, że należą się Im jakieś 📌ordery wytrwałości, za lata przepracowane w sektorze handlu. To niezwykle ciężka praca, nie tylko fizyczna, ale obciążająca także psychicznie. I to komunikuję głośno i zwracam się przede wszystkim do młodych osób, które za nic mają kasjerów, a tym bardziej nie szanują ludzi starszych. Pamiętajcie, że karma zawsze wraca. 

Na dzisiaj to tyle. W głowie mam jeszcze kilka pomysłów, ale to może innym razem. Mam nadzieję, że tym wpisem żaden kasjer nie poczuje się urażony, ale nie może tak być, że na moim blogu to zawsze klient jest po złej stronie mocy.🥊

Kolejny wpis planuję dopiero w grudniu – wybaczcie, ale praca na etacie + prowadzenia bloga są strasznie wyczerpujące. Aktualnie, jeżeli śledzicie moją aktywność, jestem na etapie projektu 🎥świątecznej piosenki kasjerskiej. Bądźcie na bieżąco, bo jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to jej premiera wraz z teledyskiem odbędzie się 1 grudnia 2019 r. O kulisach całego projektu zamierzam napisać właśnie w kolejnym wpisie. 

A czy w Was jest jakiś nieidealny pierwiastek kasjera? Koniecznie napiszcie mi o swoich słabościach.💬 Ciekawi mnie, czy macie jakieś przemyślenia na swój temat i czy próbujecie jakoś radzić sobie z nerwami, które na pewno towarzyszą w każdym dniu naszej pracy za kasą.

P.S. Dziękuję za każdą wiadomość i Wasz niepokój związany z niedziałającą grupą Jestem kasjerem. Niestety, nie mam żadnego wpływu na to, kiedy Facebook uraczy mnie zdjęciem blokady, która została nałożona z nieznanych mi przyczyn – pozdrawiam życzliwych. Jeżeli problem się nie rozwiąże – założę nową, o czym będę Was informować. 

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

Zajrzyj także do wpisów gościnnych innych kasjerów:
https://jestemkasjerem.pl/wpisy-goscinne/

Masz ciekawą historię z sali sprzedaży? Napisz do mnie, a całkiem możliwe, że trafi ona na bloga, jako wpis gościnny.

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Typy klientów wg Jestem kasjerem – część II

Tekst o typach klientów, został podzielony na II części. Jeżeli nie czytałeś części I – koniecznie to nadrób (kliknij, by przeczytać). ⬅📑

5. Wredny łowca promocji

No nie oszukujmy się. Ten typ jest jednym z częściej występujących i potrafi wkurzyć nie tylko kasjera, ale także pozostałych klientów, oczekujących przy kasie. Łowca promocji najczęściej to kombinacja braku manier i roszczeniowości. Ma w nosie, że kasjer zajęty jest obsługą stanowiska kasowego. Bez żadnych ogródek podchodzi do niego i z pretensją w głosie, że nie został jeszcze przez nikogo powitany, zadaje pytanie: 

- Co jest dzisiaj na promocji?!

Szybkie zbadanie sytuacji i oto wnioski:
🔴 stoję za kasą, mam kolejkę na 4 osoby,
🔴 drugi kasjer odbiera dostawę, bo magazynier wziął dzień wolnego,
🔴 ostatni pracownik jest zajęty obsługą innego klienta.

(TAK, PRZEZ CAŁY DZIEŃ DYSPONUJEMY TYLKO 3 PRACOWNIKAMI, KTÓRZY SĄ KASJERAMI, KONSULTANTAMI NA SALI SPRZEDAŻY, A JEŚLI TRZEBA TO I MAGAZYNIERAMI – DLATEGO MIEJ PEWNOŚĆ, ŻE NIE MA 5 POZOSTAŁYCH NA ZAPLECZU, KTÓRZY POPIJAJĄ SOBIE ESPRESSO☕ I OGLĄDAJĄ YouTube-a🎥.)

Jest pierwszy dzień nowych promocji, a klient pyta się mnie o wszystkie produkty przecenione. Jedną ręką skanuję towar klienta z kolejki, a drugą wertuję gazetkę i pokazuję Łowcy promocji produkty, które są na promocji, wspominając, że właściwie to połowa asortymentu naszego sklepu jest w niższej cenie i ciężko mi o nich opowiadać. 

- To co, nikt mi nie pomoże? Ja nie wiem, gdzie mam tych produktów szukać.
- A o jakie konkretnie produkty Pani chodzi?
- No te na promocji!

Jasny gwint! Serio, tego czasami nie da się ogarnąć. Przecież nie zostawię klientów z kolejki i nie pójdę z tą Panią w poszukiwaniu najlepszych okazji, tym bardziej, gdy ona sama nie wie czego chce. Z doświadczenia wiem, że taka obsługa trwać może nawet pół godziny. No chyba, że… klienci z kolejki sami zaczną się kasować – świetny pomysł. 😀 Dobra, żarty na bok. Mówię więc grzecznie, że nie mogę odejść od stanowiska kasowego, że koleżanka jest na dziale zajęta obsługą, ale można się do niej zgłosić i ona, gdy będzie wolna na pewno pomoże. W odpowiedzi dostaje:

- Czyli nie ma nic na promocji, czy nie chce się Pani mi pomóc?!

W takim momencie, jak ten mam ochotę powiedzieć, że już nigdy nic do końca jej życia nie będzie na promocji. Że fenomen promocji to przeżytek i od teraz wszystko będzie w stałych cenach (oczywiście z tendencją wzrostową). Próba nr 2 polega na wręczeniu klientce gazetki, z której dowiedzieć się może przecież wszystkiego. Wraz z tym, Łowca promocji zyskuje kolejny przydomek – najbardziej wrednego człowieka świata, bo rzuca mi tą gazetką o ladę i mówi, że taką obsługę to ona ma za nic i że w sklepie po sąsiedzku jest zawsze lepiej traktowana. Standardowo rzuca zdaniem, że już nigdy więcej nie przyjdzie do nas na zakupy. No, ale nie oszukujmy się. Jeszcze w tym samym tygodniu dumnie przekroczy próg naszego sklepu, by kolejną osobę zapytać o promocje, które nawet gdy przedstawione – nie zrobią na niej żadnego wrażenia. Czy ktoś jest w stanie zapłacić mi za nadszarpane nerwy, które na stare lata na pewno odbiją się na moim zdrowiu? – zapraszam do kontaktu. 😉

6. Call center

W tej klasyfikacji nie może oczywiście zabraknąć klienta, który choć z wyglądu jest typowym Januszem, to próbuję grać najbardziej wysublimowanego biznesmena na miarę XXI w. Call center podchodzi do kasy, wykłada swoje zakupy, gdy wtem: (wciśnij play, aby odtworzyć⬇)

Klienci w kolejce zaczynają przebierać nogami w rytm piosenki. Telefon nadal dzwoni, bo klient Call center szuka go w podręcznej saszetce.

- Słucham? Tak, raport wysłałem przed godziną piętnastą. Były tam pewne komplikacje…

A ty kasjerze stój i czekaj nie wiadomo na co, bo Call center to pępek tego świata. W żadnym wypadku nie przerywaj mu rozmowy. Zresztą, szkoda Twojego wysiłku, bo i tak Cię zignoruje. W takiej sytuacji zawsze do głowy przychodzi mi jedno zdanie: Pokaż mi swój dzwonek, a powiem Ci kim jesteś… No cóż, nikt nie jest idealny. 😉Historii z typem klienta, jak Call center jest naprawdę całe mnóstwo i poświęcić temu można, by pokaźny rozdział książki, która być może w przyszłości powstanie. Co Wy na to? 

7. Tester

Ten typ klienta w szczególności daje się we znaki wszystkim kasjerom. Charakterystyczne dla niego są następujące zachowania:
🕵️‍♀️Muszę sprawdzić jak to pachnie, więc otworzę nowe perfumy, dezodorant, krem.
🕵️‍♀️Muszę sprawdzić czy w tym ryżu, ryż na pewno jest.
🕵️‍♀️Muszę sprawdzić czy te wkładki rzeczywiście są takie same, jak prezentujące je na opakowaniu zdjęcie.
Ten wewnętrzny głos jest silniejszy niż jakiekolwiek racjonalne myślenie. To on popycha klientów do czynów haniebnych. 

O zgrozo! Klienci są czasami zupełnie odrealnieni. Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku laty, kiedy to zwróciłam klientce uwagę, żeby nie otwierała dezodorantów, bo to nie są testery… ⬇

- To jak mam sprawdzić, jak to pachnie?!
- Poniżej ma Pani antyperspiranty w kulce. Pachną tak samo jak dezodoranty i może je Pani sobie odkręcić.
- No tak, bo testery dezodorantów pewnie sobie zabieracie do domu i dla klientów nic nie zostaje!

Foch i poszła. Ta… bo pracownicy handlu, to mają w ogóle wszystko za darmo. Od 4 lat z racji pracy w zawodzie nie robię zakupów, bo przecież wszystkie możliwe testery same spływają mi do rąk. No, jak ich nie wziąć? (IRONIA OCZYWIŚCIE).

Drodzy klienci,
Jeżeli w sklepie jest załóżmy 100 dezodorantów o różnych zapachach i wg Was każdy powinien posiadać tester, to zwróćcie uwagę, że taki tester przy obecnym natężeniu ruchu i ciekawości klientów, przetrwałby ok. 7 dni. Czyli co 7 dni należałoby wymienić pusty na nowy. Wobec tego w miesiącu wymiana następowałaby 5 razy. Czyli co miesiąc sklep musiałby przeznacza 500 dezodorantów jako tester (oczywiście, jest to strata dla sklepu, bo nikt takich rzeczy nie sponsoruje), a w skali roku to 6 000 sztuk. Licząc, że średnio dezodorant kosztuję 10 zł sklep miałby stratę ok. 60 000 zł na samych tylko dezodorantach. A Wy klienci, oczekujecie że testery będą z każdego produktu, a gdy proponuje Wam się rozwiązanie, na które sami nie wpadniecie (sprawdzenie zapachu po odpowiednikach w kulce lub w sztyfcie), to zaczynacie się denerwować. Absurd!

Co więcej, często jestem świadkiem, że sprawdzacie zapach dezodorantu psikając nim i choć zapach Wam odpowiada, ten “napoczęty” odkładacie i bierzecie zupełnie nowy (sięgając daleko w tył) – jeszcze przez nikogo nieotwarty (to w teorii, bo jeżeli każdy klient tak robi, to odłożone do tyłu dezodoranty wcale nowe nie są.)

Na logikę: w sklepie dostępnych jest mnóstwo napojów. W oczywisty sposób, nie ma osoby, która znałaby smak ich wszystkich. Czy wobec tego, sklep także powinien dysponować testerami każdego z osobna, żeby klient mógł sobie spróbować i wybrać ten, który zasmakuje mu najbardziej? Oczywiście z zachowaniem odpowiednich zasad higieny – dla każdego potencjalnego testera  jednorazowy (OCZYWIŚCIE PLASTIKOWY) kubeczek, który przyczyni się w większym stopniu do rujnacji środowiska.

8. Podrzutek

Z obserwacji mojej pracy oraz tego, o czym często dyskutujemy na grupie Jestem kasjerem wynika wyraźnie, że typ klienta Podrzutek, to klient który najbardziej działa wszystkim na nerwy. Wszyscy doskonale wiemy, jak bezmyślne jest marnowanie żywności, a niektórzy klienci są w tym tak perfekcyjni, jak Małgosia Rozenek w walce z kurzem. To chyba roztargnienie powoduje u nich tak niezrozumiałe zachowanie. Wchodzą do sklepu i jeszcze dobrze nie wiedzą czego potrzebują, chwytają za pierwszą rzecz, która jest na ich wyciągnięcie ręki. Ładują produkt do koszyka, jeden za drugim. A gdy przychodzi finał zakupów, podjeżdżają do taśmy, spoglądają na zapakowany towar i stwierdzają:

- Oj, chyba przesadziliśmy.

Wyjmują więc parówki i rzucają je gdziebądź, byleby szybko się ich pozbyć i żeby absolutnie nikt tego nie widział. Tłumaczą się, że przecież parówki to syf i jednak nie chcą truć swojej rodziny i że to szał pomarańczowej cenówki zmanipulował ich do podjęcia tego zakupu. Rozsądek spowodował jednak rezygnację z produktu. Ale nie ma co się oszukiwać. Głupota i tak wzięła górę, bo klient myśli, że w sklepie parówki mogą być przechowywane w innych warunkach niż w domu. Odnieść do chłodni? Eee, po co? Odłożę je w kosz z artykułami domowymi, bo najbliżej i najmniej będzie się rzucało w oczy. Taka jestem sprytna! 

We wpisie wykorzystano fragment utworu muzycznego: Łobuzy – Ona czuje we mnie piniądz

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

Zajrzyj także do wpisów gościnnych innych kasjerów:
https://jestemkasjerem.pl/wpisy-goscinne/

Masz ciekawą historię z sali sprzedaży? Napisz do mnie, a całkiem możliwe, że trafi ona na bloga, jako wpis gościnny.

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Awaria terminali.❌💳 Płatność tylko gotówką. 💰

Mija trzecia godzina od momentu rozpoczęcia zmiany. Na sali sprzedaży roi się od klientów. Jest ich dosyć sporo, mimo że wskazówki zegara sugerują dopiero południe. Kasuję więc produkt po produkcie, witając i żegnając kolejnego klienta. 

Lubię, gdy klient jasno określa formę płatności, a nie stoi niczym niewzruszony, aż kasjer – jasnowidz, przewidzi jego zamiary. Enter i księguj. Niezbyt skomplikowany system kasowy prezentuje okno z przebiegiem transakcji.

Klient lekko zaskoczony, ale prosi o ponowienie transakcji. 

W tym samym momencie dostaję telefon od kierownika z zapytaniem, czy przechodzą mi płatności kartą. Przekazuję więc informację, że dwukrotnie miałam odrzucenie. Otrzymuję więc jasny przekaz: 

Telefon się urwał. Podniosłam wzrok, aby zorientować się, jak długą mam kolejkę. Oj, zdecydowanie za długą. Dzwonię po drugiego kasjera, a w międzyczasie pytam obsługiwanego klienta, czy nie ma może gotówki, bo tymczasowo płatność kartą jest niemożliwa ze względu na awarię. 

Klientka rzuciła produktem o ladę i wyszła. Jeszcze w pierwszym roku mojej pracy za kasą, jakoś mnie to wzruszało, natomiast dzisiaj jestem do pewnych zachowań tak przyzwyczajona, że nie wywierają one na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Co więcej, jestem w stanie dokładnie przewidzieć już po pierwszym spojrzeniu klienta, jaka będzie jego reakcja. Taki ze mnie Sherlock Holmes świata handlu. 🕵️‍♀️

Minęło kilka minut od awarii, która nie została jeszcze naprawiona. Kierownik odpowiada na mój błagalny wzrok i idzie czym prędzej drukować kartkę z napisem:

W teorii taki komunikat powinien mnie wyręczać przed powtarzaniem każdemu z osobna informacji o awarii. Praktyka jednak wygląda zupełnie inaczej. Pomimo tego, że kartka w formacie A-4 została powieszona na drzwiach od sklepu oraz przy wszystkich kasach mało, kto w ogóle zwraca uwagę na taki “szczegół”. Czyli od nowa…

Gdyby ci klienci tylko wiedzieli, co się dzieje w mojej głowie podczas Ich obsługi. Myślę, że już nigdy, żaden z nich nie zadałby mi takiego pytania. Nasza firma wychodzi z założenia, że nigdy nie powinniśmy mówić “nie wiem” klientowi. Dlatego też w takiej sytuacji, próbuję się wcielić w Krzysztofa Jackowskiego i tak, jak on w swojej jasnowidzkiej działaności, dotykam terminala płatniczego, przybliżam go sobie do głowy, wdycham pot z palców klientów pozostawiony na klawiaturze i typuję:

Źródło zdjęcia: https://krzysztof-jackowski.info​

Towarzyszy mi wtedy lekki dreszczyk emocji, bo zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że awaria potrwa dłużej. Takich rzeczy zwyczajnie nie da się przewidzieć. Nawet jeżeli statystycznie, sklep opanowuje takie sytuacje w ciągu 15 minut, to możliwe że akurat ta awaria, to coś poważniejszego i może potrwać nawet dwie godziny. Zawsze wtedy, wyobrażam sobie klienta, który otrzymał informację o tym, że po 30 minutach będzie mógł zapłacić kartą, a który jednak kolejny raz zostanie odesłany z kwitkiem. W głowie mam tylko jeden obraz. Jak z filmów “Szczęki” Stevena Spielberga. I tak oto ginę w ciemnych otchłaniach gardła klienta. 🦈 No, ale cóż zrobić, taka praca. 

To tylko jeden z rodzajów awarii. Ten jest zdecydowanie najgorszy dla kasjera. O lepszym dla nas (kasjerów), a gorszym dla sklepu, napiszę innym razem. Wyobraźcie sobie, co się dzieję, gdy cały system “pada” i nie jesteśmy w stanie wydać żadnego paragonu. To dopiero jazda bez trzymanki, ale o tym napiszę kiedy indziej – nie wszystko na raz. Trzymajcie się! 🖐

Jesteś tu nowy? Poznaj moją kasjerską historię:
– Jestem kasjerem i zakładam bloga!

Zajrzyj także do wpisów gościnnych innych kasjerów:
https://jestemkasjerem.pl/wpisy-goscinne/

Masz ciekawą historię z sali sprzedaży? Napisz do mnie, a całkiem możliwe, że trafi ona na bloga, jako wpis gościnny.

Ty zostawiasz mi swojego maila, ja informuję Cię na bieżąco o nowej aktywności!

Newsletter

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Trudny klient. Jesteś kasjerem – miej twardy tyłek!

Jakiś czas temu, przy okazji tworzenia tego bloga, pewna znajoma przypomniała mi sytuację sprzed laty, o której myślę, że warto napisać. Tym bardziej, że rzecz się miała w pierwszym miesiącu mojej pracy w nowej firmie. Można byłoby rzec, że byłam totalnym świeżakiem, jeśli chodzi o obsługę klienta i stanie na kasie. Tym bardziej sytuacja, o której chcę napisać, wbiła mi się na trwałe w pamięć i myślę, że pozostanie ze mną już do końca życia.

A teraz zamknijcie oczy i spróbujcie sobie przywołać w pamięci Wasze pierwsze dni pracy w sklepie. Niezależnie od tego, jaki by on nie był, zetknięcie się po raz pierwszy z klientem i obsługa stanowiska kasowego, może niejednego przyprawić o zawrót głowy. Niewątpliwie to sytuacja stresująca. Na skalę stresu wpływać może także charakter i predyspozycje danej osoby. Jeżeli jesteś introwertykiem (raczej ja zaliczam się do tej grupy), to zdecydowanie można powiedzieć, że pierwsze dni w pracy stanowić mogą nie lada wyzwanie. Dlatego też, nie dla każdego praca w bezpośrednim kontakcie z klientem jest dobrym rozwiązaniem… ale wiadomo – to życie weryfikuje nasze decyzje i nikt na siłę, nikogo nie zmusi, by wykonywał daną pracę.

Wracając jednak do wspomnień. Udało Wam się przypomnieć Wasz pierwszy tydzień lub miesiąc pracy na kasie? Kiedy rozmawiam o tym ze znajomymi z pracy, wszyscy jednogłośnie stwierdzamy, że może i było ciężko opanować sztukę sprawnego kasowania, tym bardziej, że każdy, najmniejszy błąd, wiązał się z przywołaniem osoby funkcyjnej, która musiała ten błąd “naprawiać”. Stąd też, każdy starał się wykonywać czynności w pełnym skupieniu, często wyprzedając zamierzenia klientów, którzy notorycznie lubili (i lubią nadal) rezygnować z produktu, mimo że mieli go w koszyku. Mniejsza jednak o to. Mimo, że nasze procedury były dość skomplikowane, na początku każdy lubił obsługiwać klientów przy stanowisku kasowym. Była to pewnego rodzaju forma bezpieczeństwa – przynajmniej dla mnie, bo wiedziałam co mam robić. A wiadomo… praca kasjera, to nie tylko kasowanie. Wobec tego, ja jako świeżak, często mówiłam koleżankom, że postoję za nie, a one (stare wygi) cieszyły się z mojego zapału. Chociaż często powtarzały:

Od wypowiedzenia tych pamiętnych słów, minęło zaledwie kilka dni, a już się one spełniły. Wszystko za sprawą pewnej klientki, która na całe życie, jasno dała mi do zrozumienia, jak bardzo kasjer może być stygmatyzowany i jaki stereotyp jest mu przypisany.

Stoję na kasie nr 3. Godziny szczytu dają się we znaki, więc z koleżankami uwijamy się, jak tylko możemy. W naszym sklepie uczymy klientów, że mamy jedną kolejkę do wszystkich kas. To sprawia, że jest nam łatwiej ujarzmić klientów, którzy nieuczciwie wpychają się, gdzie tylko mogą, a takie sytuację często sprzyjają awanturom. Z daleka dostrzegam w kolejce klienta, który ustawił się wózkiem inwalidzkim na końcu kolejki. Było to dla mnie zupełnie naturalne, aby poprosić go do kasy poza kolejnością. Wiecie… to tak, jak z kobietami w ciąży lub z małymi dziećmi. Pewne sytuacje są po prostu jasne i oczywiste. 

… doniosłym głosem, wywołałam klienta do kasy z pierwszeństwem. Klient nie czekając dłużej, powoli zbliżał się do mojego stanowiska kasowego, gdy wtem kobieta oczekująca jako druga w kolejce, wystrzeliła jak z procy w moim kierunku.

 (w tym wypadku słowo “pani” piszę z małej litery, bo ton głosu tej kobiety żadnego szacunku nie zapowiadał 😉 )

W międzyczasie odezwał się niepełnosprawny klient, który zwrócił uwagę awanturującej się klientce na brak jej manier i dobrego wychowania.

Aż mną wstrząsnęło. To była moja pierwsza stresująca sytuacja z trudnym klientem w roli głównej. Próbując na początku jakoś załagodzić jeszcze całą sytuację, ponownie tłumaczyłam klientce, dlaczego obsługuję najpierw pana, a nie ją. Niestety oberwało mi się rykoszetem do tego stopnia, że odłamki tej sytuacji utkwiły we mnie aż do teraz.

Uuu… grubo. W tym momencie mój głos zaczął się trząść i zostałam totalnie wyprowadzona z równowagi. Moja twarz oblana czerwienią oznajmiała, że jest naprawdę źle. Ostatkiem odwagi zdążyłam tylko skwitować, że wykształcenie nie ma nic do wykonywanej pracy i że dla jej wiadomości ukończyłam magisterkę. Te słowa jeszcze bardziej rozzłościły klientkę, która zaczęła cisnąć pioruny – raz w moim kierunku, raz w kierunku niepełnosprawnego klienta. A tak swoją drogą… myślę, że nawet jeżeli ukończyłabym Uniwersytet Harvarda, to nie zrobiłoby to na klientce żadnego wrażenia. W czasie wymiany poglądów, zakończyłam transakcję z klientem z pierwszeństwem, który na do widzenia wykrzyczał klientce, że jest nienormalna i takich ludzi powinni zamykać w izolatkach. Och, jak mi było przyjemnie słyszeć te bluzgi, bo choć ja też miałam podobne myśli, to nie mogłam ich wypowiedzieć na głos. Awanturująca się klientka podczas całej obsługi zdążyła wystosować w moim kierunku kilka jeszcze soczystych epitetów, wspominając przy tym, że już nie chce jej się dyskutować i że  strasznie się spieszy, bo w samochodzie zostawiła dziecko, które potrzebuje natychmiast pampersów.

I nawet jeżeli to ekstremum emocji klientki spowodowało tak niedopuszczalne i tak nieludzkie zachowanie – zarówno względem mnie, jak i  klienta z pierwszeństwem, to i tak nie jestem w stanie zrozumieć jej postępowania. Gdyby tego było jeszcze mało, po dopełnieniu transakcji, klientka ta ostentacyjnie zaczęła przyglądać się wręczonemu jej paragonowi. 

– pomyślałam. Spoglądam jeszcze mała chwilę na nią i już zabieram się do poproszenia kolejnego klienta z kolejki, gdy ta sama klientka wpatrzona we mnie ze wzrokiem zabójcy oznajmia:

Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszły na ty, ale już mniejsza o to. Wiedziałam, że za wszelką cenę, chce mi pokazać, jak bardzo jestem nikim. Spojrzałam więc na paragon, podeszłam do półki z pampersami i niestety, ale klientka miała rację. Cena promocyjna nie została uwzględniona przez system kasowy, a ja tego nie wychwyciłam. Wracam więc na swoje stanowisko, przyznaje rację klientce i mówię, że musi chwilę poczekać, bo trzeba zrobić zwrot, a tylko kierownik zmiany, ma do tego odpowiednie uprawnienia. O losie! Co się działo w oczach tej klientki. Jakby cała złość tego świata toczyła w nich bitwę. Poraz kolejny krzyczała o dziecku w samochodzie, a ja nie miałam wpływu na jej czas oczekiwania. Czekałam więc na Agatę, jak na zbawienie. W końcu przyszła. Już wychodząc z pomieszczenia służbowego, słyszała co się święci. Spokojnym tonem zapytała w czym problem. Oczywiście kobieta wyrwała się przed szereg i ponownie mieszając mnie z błotem, opisała całą sytuację. Mój identyfikator, zawierał zarówno imię, jak i przypis “Uczę się”, który miał dać do zrozumienia wszystkim klientom, że jestem dopiero nowym narybkiem. I tak też Agata, próbowała tłumaczyć całe zajście, oznajmiając że jak najszybciej spróbujemy naprawić ten błąd. Oczywiście, Agacie też się oberwało słowem, jednak jej pełen profesjonalizm doprowadził do tego, że klientka wreszcie zamilkła. Koleżanki z sąsiednich kas, wysyłały mi tylko porozumiewawcze spojrzenia, z których buchały aż współczucie i przejęcie całą sytuacją. 

W końcu klientka opuściła nasz sklep, a ja marzyłam tylko o tym, żeby móc schować się w swoim łóżku i nakryć na głowę kołdrę. Wszystko po to, by schować się przed całym złem tego świata. To była moja pierwsza sytuacja z trudnym klientem w roli głównej. Teraz – po 4 latach pracy w handlu, mam już tak twardy tyłek, że podobne zdarzenia właściwie po mnie spływają, a jeżeli nawet w jakiś sposób dotkną, to nie biorę tego mocno do siebie. Niestety, ludzie bywają bardzo brutalni, a sklep to miejsce, gdzie kasjer musi mieć mocną psychikę, by nie dać się zniszczyć wiecznym pretensjom i obelgom, które wystrzeliwują w naszą stronę, niczym z karabinu maszynowego. W tym miejscu, dziękuję Agacie, która obdarowała mnie po tym zdarzeniu wsparciem i doprowadziła mnie z powrotem do pełnej funkcjonalności, by móc raz po raz rozpocząć dialog z klientem od:

Ty zostawiasz mi swojego maila, ja informuję Cię na bieżąco o nowej aktywności!

Newsletter

Masz ciekawą historię z sali sprzedaży? Napisz do mnie, a całkiem możliwe, że trafi ona na bloga, jako wpis gościnny.

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Jak zachowują się mamy z dziećmi podczas zakupów?

Długo wzbraniałam się przed tym wpisem. Uważałam, że temat, który zamierzam poruszyć może zetknąć się z dużą falą krytyki. Niemniej muszę o tym napisać, bo to ludzkie pojęcie przechodzi, co nam współczesny świat zmalował…

Czy ktokolwiek z Was spotkał się może z tabliczką wywieszoną na drzwiach sklepu, na której widnieje zakaz wjazdu wózkom dziecięcym? Takie praktyki były stosowane jeszcze kilkanaście lat temu i budziły spore kontrowersje.

Opinia Internautki z 2008 r.

Współcześnie nikt nie zdecyduje się na taki ruch. W opinii Rzecznika Praw Obywatelskich:

I to jest dla mnie jasne i zrozumiałe. Każdy ma prawo do zrobienia zakupów, ale to nie oznacza, że matce z dzieckiem wszystko wolno lub wszystko się należy. A niestety taka postawa jest coraz częściej przez nie przybierana. Obserwuję to nie tylko stojąc na kasie, ale także podczas zwykłej obsługi na sali sprzedaży. Nie każdy sklep jest przystosowany do robienia zakupów przy pomocy wielkich wózków zakupowych – dlatego też, do dyspozycji klientów zostają oddane tylko te mniejsze, które trzyma się w ręku. Stąd , gdy kobieta (matka) postanawia wjechać wózkiem dziecięcym do takiego sklepu, sytuacja ta staje się problematyczna (delikatnie rzecz ujmując).

Wyobraźcie sobie sytuację, w której to wykonując swoje obowiązki w postaci towarowania brakujących produktów, kilka razy przez ten sam wózek, a właściwie przez matkę, która go prowadzi, zostajecie “trącnięci”🤕​, bo wózek ledwo mieści się w szerokości alejki. Dlatego każdy napotkany karton lub człowiek, zostaje uznany za przeszkodę, którą należy zepchnąć. I jasne, można uznać, że obsługa sklepu nie powinna robić z tego tytułu problemu, bo przecież zawsze można ustąpić, odejść kawałek, zrobić miejsce… tylko do jasnej Anielki, nikt nie zastanowi się nad tym, że PiS-owskie 500+ doprowadziło do tego, że co piąty klient to matka z wózkiem. Czasami w moim sklepie – zwłaszcza w godzinach okołopołudniowych zaobserwować można “zlot” pchających wózkami. Bywa, że na sali sprzedaży jest na raz 5 kobiet z wózkiem, które na dodatek potrafią przepychać się do kasy z pierwszeństwem – bo przecież im się należy. Dodam, że nie pracuje w wielkim molochu, dlatego 5 kobiet z wózkiem stanowić może spory problem. To nic, że potrafią spędzić one w sklepie 20 minut, często odbywając rozmowy z napotkaną znajomą osobą, a gdy przychodzi moment zapłaty, nagle muszą być pierwsze. Absurd! 

Kiedyś to było...

Pamiętam doskonale, kiedy to jako dziecko, mama zabierała mnie na zakupy. Zawsze przed wejściem do sklepu prosiła mnie o zachowanie ciszy, tłumacząc po co dokładnie przyszłyśmy. Pamiętam też, że lubiła mi robić niespodzianki. Gdy tylko udało jej się pozbierać wszystkie niezbędne produkty, pytała na co mam ochotę i mogłam sobie wybrać jedną rzecz, nie zapominając oczywiście o dwójce rodzeństwa, która została w domu pod opieką taty. Mam wrażenie, że współczesne dzieci są jakieś inne. I choć nie chciałabym kategoryzować na lepsze lub gorsze, to czasami ze zdumieniem obserwuje to, w jaki sposób artykułują swoje potrzeby… a raczej żądania. Sklep jest idealnym miejscem na tego typu obserwacje. I jasne, że nie wolno mi wrzucać wszystkich mam do jednego worka, bo bywają i takie, które w świetny sposób potrafią wyperswadować coś swojemu dziecku. Jednak te stanowią wyjątek. 

Dżesika, Mercedes i inne Brajany

Wychodzę z pomieszczenia służbowego. Ledwo trzymam się na nogach, bo ciężar produktów ukrytych w kartonach ciągnie ku ziemi. 

Brajanku… serio? Kto w ogóle wybiera takie imię dla dziecka?  Staram się nie mieć uprzedzeń do nikogo, naprawdę w życiu jestem bardzo tolerancyjna. Ale Brajanku? No dobra, jak zwykle przybieram kamienną twarz i wlokę się z tymi kartonami. Brajanek w najlepsze ogląda szczoteczki. Coś tam sobie śpiewa pod nosem, jak to dziecko. W końcu ciągnie dwie szczoteczki, tak że jedna zahacza o drugą, a ta zaś o kolejną. W ten sposób wyrywa cały metalowy hak, na którym wisiały wszystkie i ciągnie je po płytkach, udając się w poszukiwania za mamą. 

Ja pierdziele. Słucham tego i nie wierzę. Idę więc na dział z lakierami do paznokci, żeby przyglądnąć się tej mamie. Szukam w niej choć odrobiny zaniepokojenia tym, co robi oraz gdzie znajduje się jej synek. Ale gdzie tam. W najlepsze przebiera w kolorach, tak jak Brajanek wcześniej w szczoteczkach. W głowie klaruje już sobie słowa, żeby zwrócić jej uwagę, że jej syn zdemolował nam metalowy hak, a szczoteczki leżą sobie rozsypane na podłodze. Jednak w tym samym momencie podchodzi do niej koleżanka, która wita się z nią tak, jakby conajmniej nie widziały się od roku. Cofam się więc, bo z doświadczenia wiem, że gdy zwraca się uwagę dwóm osobom, te czują się zbyt pewnie i całe zło odwraca się w stronę kasjera. Idę więc w poszukiwaniu Brajanka. Trochę nawet z niepokojem, bo przestał nawoływać mamy. Odnajduję go i czuję, jak krew napływa mi do głowy.

– wewnętrzny głos stara się mnie uspokoić. Ale, żeby nie było tak łatwo, spróbujcie się wcielić we mnie i wycelować poprawną odpowiedź:

Co robi Brajanek?

A) Układa autostradę z wszystkich dostępnych szczoteczek do zębów.

B) Sprząta po sobie bałagan.

C) Nadgryzione jabłko odkłada na sklepową półkę.

D) Przebija paluchem foliową osłonkę od kremu.

Swoją odpowiedź możecie zostawić pod tym wpisem w komentarzu.💬 Trochę jednak potrzymam Was w niepewności, a o tym co tak naprawdę robił Brajanek, dowiecie się z Facebooka, gdzie umieszczę poprawną odpowiedź. Dlatego, żeby niczego nie przegapić śledźcie mnie na bieżąco.

Wracając jednak do Brajanka…

Krew niemalże chciała wystrzelić mi z uszu. Na szczęście, na ratunek przybyła klientka, która potrzebowała pomocy. Cała moja uwaga została zwrócona ku niej i tylko kątem oka dostrzegłam, jak kobieta wraz z Brajankiem i koleżanką wychodzą ze sklepu. Szybki ruch głową w stronę “pogorzeliska” wskazywał na to, że mama Brajanka pojęcia nie miała, co jej synuś zmalował. Nie trudno jest się domyślić, że odpowiedź B. to 100% fikcja (daję Wam fory.)😉

I teraz pytanie. Gdzie leży granica po stronie obsługi? Z doświadczenia wiem, że zwrócenie komuś uwagi, ostatecznie może skończyć się skargą – a te niejednokrotnie przyczynić się mogą do zwolnienia pracownika. Oczywiście, wszystko zależy od firmy, w której się pracuje, ale nie oszukujmy się… centrale uważają, że KLIENT – NASZ PAN i może wszystko, tym bardziej gdy klient odwróci całe zło sytuacji przeciw kasjerowi. Tę sztukę niektórzy mają opanowaną do perfekcji. Warto jednak czasami poćwiczyć nad pokorą, której w naszym narodzie z roku na rok coraz mniej. Tym razem mamie Brajanka się upiekło. Gdyby nie fakt, że inna klientka odwróciła moją uwagę, zwróciłabym się do niej z informacją o poczynaniach jej syna. Pewnie broniłaby go jak lwica🦁, a ja dostałabym odłamkiem śliny. No cóż… dobrze, że moje ślinianki funkcjonują prawidłowo. Przy następnej okazji na pewno nie pozostanę dłużna!

Ty zostawiasz mi swojego maila, ja informuję Cię na bieżąco o nowej aktywności!

Newsletter

Masz ciekawą historię z sali sprzedaży? Napisz do mnie, a całkiem możliwe, że trafi ona na bloga, jako wpis gościnny.

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Czy klient musi zapłacić za uszkodzony towar?

Każdemu z nas przytrafiają się codziennie mniejsze lub większe gafy. To całkiem normalne, w końcu nie jesteśmy idealnymi maszynami, tylko po prostu ludźmi. Zastanawiam się czasami nad tym, dlaczego ludzie, gdy przydarzy im się coś nieoczekiwanego, zachowują się w tak dziwny sposób. Praca w handlu sprawia, że człowiek ma mocniej wyostrzone zmysły. Dzieje się tak z różnych przyczyn. Często sam zakres obowiązków zmusza nas kasjerów do takiej postawy (kliknij, by przejść do zakresu obowiązków). Stąd też klienci powinni wiedzieć, że to, co niewidzialne jest dla niektórych, z całą pewnością nie umknie uwadze kasjera. Od zawsze czułam, że widzę “więcej” niż przeciętny człowiek. I może jest to dość śmiałe stwierdzenie, ale to co jest dostrzegalne przez innych po określonym czasie, ja widzę właściwie natychmiast. Ale to rozważanie pozostawię dla siebie. Znajdą się tutaj osoby, które na pewno niewłaściwie zinterpretują moje słowa. A mi nie zawsze chce się tłumaczyć, dlatego odpuszczam. 

Wbrew temu, co może przyjść Wam na myśl, nie chodzi mi wcale o sytuacje kradzieży. To wciąż problematyczny temat i nie zawsze jesteśmy w stanie właściwie zareagować. Tym bardziej, jeżeli nasza uwaga jest odciągana, bo np. pojawia się klient, który przybiera postawę:

Już spieszę z wyjaśnieniem…

Nie tak dawno temu, przydarzyła mi się mała gafa. W tym dniu miałam wolne od pracy, dlatego aby uzupełnić zapasy domowej spiżarni, udałam się na zakupy. Żeby nie szwendać się bez celu i z wielkim rozkojarzeniem, przygotowałam sobie wcześniej listę zakupów. Zabrałam ze sobą także torby zakupowe, aby kolejny raz nie dokładać się do rujnacji naszego środowiska. Można rzec, że całkiem dobrze byłam przygotowana. Zadowolona z siebie, rozpoczęłam odwiedzanie kolejnych, sklepowych alejek. Już prawie kończyłam. Ostatni punkt z listy: MAKARON.

Podeszłam więc do półki z makaronami i rozpoczęłam pakowanie ich do koszyka. Miałam sporego niefarta. Kiedy sięgałam po jedną z paczek (musiałam stanąć na palcach i daleko sięgnąć ręką, aby w ogóle je dostać), strąciłam 4 opakowania tego makaronu na podłogę. Nieco poniżej stały słoiki wypełnione jakąś pomidorową pulpą, które także zatańczyły i tylko cud sprawił, że nie trachnęły one o posadzkę. Ufff! – pomyślałam. Co prawda słoiki zostały uratowane, jednak gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam że 3 z 4 paczek makaronu są rozerwane. Część makaronu rozsypała się, śmiejąc mi się prosto w twarz –  w ten sposób radośnie oznajmiała mi WOLNOŚĆ.

Co za niefart. Jako dziecko często byłam taką ciamajdą. Myślałam, że mam ten etap za sobą, ale jak widać nieidealność dopada mnie nadal. 🙊 Nie zastanawiając się zbyt długo, zaczęłam zbierać wszystko, co było rozsypane. Instynktownie rozglądnęłam się wokół siebie, aby sprawdzić, czy ktoś mi się przygląda. Nie było żywej duszy. Jednak nie dajcie się zwieść – nie rozglądnęłam się po to, by maskować swoje “dowody zbrodni”. Myślę, że to taki odruch bezwarunkowy, bo bądź co bądź jest to mało komfortowa sytuacja dla osoby, która chcąc zrobić zakupy, sprawia że towar zostaje uszkodzony. W oczywisty sposób posprzątałam wszystko, co zostało przeze mnie rozwalone i udałam się w poszukiwaniu kogoś z obsługi. W kolejnej alejce odnalazłam pracownika:

- Dzień dobry… bardzo przepraszam, ale sięgając po makaron strąciłam te 3 paczki, które niefortunnie spadły i się rozsypały. Mogę za nie zapłacić, w końcu to moja wina.

Niezdarna i ciamajdowata
- Beata

- Nie, nie, nie. Nie trzeba, naprawdę nic się nie stało.

Miła i wyrozumiała
- Pani kasjerka

Pani z obsługi zabrała ode mnie makaron i udała się na zaplecze. Była naprawdę miła, a ja nie poczułam ani przez chwilę, że zrobiłam coś złego. Znam zasady panujące w handlu. Wiem, że pewne rzeczy mogą pójść w tzw. ubytki/straty i nie jest to żadna katastrofa. Codziennie sama obsługa sklepu dokonuje kilku ubytków – oczywiście nieumyślnie i każdy sklep jest na takie wypadkowe przygotowany. Jak lubiła powtarzać moja managerka: “Tylko ten kto nic nie robi, nie popełnia błędów” – no i święta prawda. Jednak ja z racji tego, że pracuje na co dzień z klientami, znam zupełnie inne ich zachowanie w takich sytuacjach:

Zastanawiam się z czego to wynika. Czy bardziej z bycia sknerusem i obawy przed tym, że obsługa będzie jednak wymagać tego, że należy za taki produkt zapłacić? Czy może chodzi o strach wywołany chwilową słabością? No tak, nikt nie lubi być słabym. Ale drodzy klienci uwierzcie mi, że pokazanie ludzkiej twarzy jest o wiele lepszym rozwiązaniem, niż zgrywanie nieustannie kogoś idealnego, komu nie przytrafiają się takie historie, jak moja. Ostatnio, stojąc na kasie usłyszałam TRACH. Bez problemu zlokalizowałam miejsce hałasu oraz osobę, która była za niego odpowiedzialna. Zazwyczaj nie podchodzę od razu do takiego klienta, tylko czekam na bieg wydarzeń. Wciąż się łudzę, że taki klient przyjdzie i poinformuje o zaistniałej sytuacji. No niestety, nie tym razem. Wspominałam już wcześniej, że ludzie w handlu widzą więcej, niż się niejednemu wydaje. To, że w danej alejce nie ma żywego ducha, nie oznacza, że jesteśmy ślepi. Mamy swoje sposoby na obserwowanie, których zdradzać nie mogę.👀

Oczywiście już doskonale wiedziałam co się święci. Klient, który wcześniej spędził kilka minut przy danym produkcie, nagle zaczyna szybkim krokiem szukać wyjścia.  W sekundzie decyduje, że nic mu nie jest już potrzebne i nie chce kontynuować zakupów. Nie tym razem. Zatrzymuję więc go i pytam, czy przypadkiem nie przytrafiła mu się przykra historia i nie uszkodził nam towaru. O Boże, jacy ludzie są dziwni. Teraz klient udaje, że to nie on, bo jest mu jeszcze bardziej wstyd za to, że chciał uciec, a ktoś przyłapał go na gorącym uczynku. Oczywiście rzuci słowem “przepraszam”, bo tego wymaga po prostu sytuacja i chociaż nikt nie każe mu sprzątać ani płacić za uszkodzony towar, to i tak zachowuje się, jak dzik. 

- Wie Pan, wystarczyło tylko zgłosić ten fakt komuś z obsługi. Gdybym nie zwróciła na to uwagi, produkt leżałby bliżej nieokreślony czas w takim stanie na posadzce i ktoś mógłby się zranić. Uszkodzony produkt był ze szkła - więcej tłumaczyć chyba nie trzeba.

Kasjer - Detektyw 🕵️‍♀️
- Beata

- Przecież mogę za to zapłacić, w czym w ogóle problem?!

Zbulwersowany klient
- z wyglądu Czesław

Oczywiście, nikt nie lubi, gdy zwraca się komuś uwagę. Ja też mam z tym kłopot, ale staram się nad tym pracować. Jasne, że nie chodzi o to, aby klient ponosił koszt za uszkodzony produkt, kiedy ubytek wynika z przypadku. Nie rozumiem natomiast, dlaczego ludzie boją się odpowiedzialności i wolą od niej uciekać, niż pokazać ludzką twarz. Chyba wszyscy kasjerzy oraz pozostała obsługa sklepu przyzna jednogłośnie, że w przypadku ubytku towaru, za który odpowiada klient po stokroć lepiej pokornie przyznać się do “gafy”, aniżeli liczyć na to, że nikt nie zauważy i próbować uciekać. Gorzej, gdy obsługa zainterweniuje – wstyd dopiero wtedy przybierze kulminacyjną formę, która kipi z uszu klienta. Skoki ciśnienia nikomu nie służą – zapamiętaj to proszę, drogi Kliencie, gdy następnym razem produkt trachnie Ci na podłogę i oznajmi wolność.

A na koniec serwuje punkt wzięty z podręcznik kasjera, który funkcjonuje od lat w jednej z sieciówek. 

Jeżeli Klient uszkodzi towar na sali sprzedaży :

Klient nigdy nie ponosi kosztów z tego tytułu.

Klient nigdy nie sprząta uszkodzonego towaru.

Nigdy nie wzbudzaj w Kliencie poczucia winy.

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa