DROGI CZYTELNIKU🛒

Mam nadzieję, że nie trafiłeś tutaj przypadkowo, a jeżeli tak, to zdecydujesz się zostać ze mną na dłużej.
Zapraszam Cię w podróż po świecie, który nie należy do najłatwiejszych.
Jestem kasjerem i codziennie walczę o przetrwanie. Powalczysz ze mną?
💪

Tagged: kasjer

Wypalenie zawodowe kasjera

atrybut alt wypalenie zawodowe kasjera

Praca na kasie rodzi we mnie ambiwalentne uczucia. Niejednokrotnie odkrywam w sobie olbrzymią chęć do pracy i do ludzi – ściślej do klientów. Innym razem czuję w sobie totalną złość na siebie, że dopuściłam do takiej sytuacji, w której to nadal tkwię w handlu. I to w miejscu, które jest najmniej doceniane – za kasą.

Tych kilka zdań⬆ znalazłam w swoim brudnopisie, przy okazji przeglądania zapisanych przez siebie blogowych inspiracji. Prawdopodobnie napisałam je po jakimś ciężkim dniu w pracy. Najwidoczniej klienci dali mi wtedy popalić, bo na co dzień jeszcze, gdy pracowałam w handlu, raczej nie użalałam się nad swoim losem. Bywały jednak momenty, kiedy to dopadał mnie kryzys egzystencjonalny. Kwestionowałam wówczas wszystkie swoje życiowe decyzje i nie byłam dla siebie zbyt łaskawa. Co jakiś czas zwyczajnie odzywały się wszelkie symptomy klasycznego wypalenia zawodowego.

Z całą pewnością w gorszych momentach, to właśnie blog powodował, że pomimo wszystkiego chciało mi się to jakoś pchać do przodu i pracować jako kasjer. Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdyby nie Jestem Kasjerem. Być może dawno temu rzuciłabym już ten fach i oszczędziłabym kilka kosmyków włosów, które dzisiaj połyskują już tylko na srebrno. Cóż, wiek też robi swoje, ale nerwy i stres związane z “użeraniem się z ludźmi” na pewno nie były całkiem bez znaczenia.🙆‍♀️

Niedługo minie rok odkąd zdecydowałam się na zmianę pracy. Powoli zacierają mi się codzienne zmartwienia, które generuje praca za kasą. Wiecie sami, że jest ich całe mnóstwo. Teraz już tylko jako klient odwiedzam sklepy i obserwuje (bywa, że ze wzruszeniem i ogromnym podziwem) ludzi, którzy wciąż mają na tę pracę siłę i wykonują ją z uśmiechem na twarzy. Choć takich ludzi jest jak na lekarstwo. Nowi pracownicy pełni zapału, szybko tracą entuzjazm, o ile w ogóle decydują się podjąć stałą współpracę. Pracownicy z dłuższym stażem bawią się w aktorów, trenując dzień po dniu grę pozorów, byleby „odbębnić” co trzeba.

Ostatnio na fanpage Jestem Kasjerem zapytałam, czy wśród czytelników znajdzie się ktoś, kto pracuje ponad 10 lat w handlu. Ku mojemu zaskoczeniu, pojawiło się setki komentarzy, w których raz po raz chwalono się swoim długoletnim stażem. 10, 15, 20 lat pracy w handlu. Znaleźli się też tacy, którzy przepracowali 40 lat niezmiennie dzień po dniu z klientem. I to jest niesamowite! Może po prostu mój rozum tego nie potrafi pojąć, bo ja znając siebie na pewno nie dałabym rady poświęcić całego swojego życia dla handlu. Po drugie, w coachingowych książkach raz po raz pojawiają się uwagi na temat tego, że aby człowiek się rozwijał, powinien przynajmniej co 2 lata zmieniać swoje środowisko zawodowe. W przeciwnym razie nie ma mowy o jakimkolwiek rozwoju. I ja trochę tak właśnie czuję, dlatego w moim CV znaleźć można tak wiele różnych pracodawców. Każdy z nich to bagaż niesamowitych doświadczeń, których z całą pewnością jestem ciągle głodna.

Absolutnie, nie neguję osób, które swoje życie zawodowe wiążą z jednym pracodawcą. To ich osobisty wybór. Piszę tylko o sobie – w końcu to mój blog i moje przemyślenia. Niemniej, ciekawi mnie jak to jest z Wami i jak często (jeśli w ogóle) dopada Was zwątpienie związane z pracą w handlu lub wspomniane w tytule wypalenie zawodowe. Zwyczajnie po prostu nie wierze, że pracując kilkanaście lub kilkadziesiąt lat w jednej firmie i wykonując cały czas te same obowiązki, ktokolwiek jest w stanie robić to dobrze. Wiadomo, że pracę musimy mieć, bo za coś trzeba żyć. Jednak jaki jest sens robienia czegoś wbrew sobie? Dajcie mi koniecznie znać, co Wy o tym myślicie i jakie macie podejście do swojej pracy!🙋‍♀️

 

NAPISZ DO MNIE, A BYĆ MOŻE TWOJA OPOWIEŚĆ TRAFI NA BLOGA.🖐🛒

    FANPAGE FACEBOOK

    Dołącz do mojej społeczności

     

    DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

    Jestem kasjerem🛒

    Archiwa

    Kasjer podczas upałów

    Fale upałów w ostatnich dniach dają się nam wszystkim we znaki. Z jednej strony to świetna informacja dla urlopowiczów, którzy łakną promieni słońca. Gorzej jednak z tymi, którzy muszą pracować i niestety, ale o klimatyzacji mogą tylko pomarzyć.

    I oczywiście nie ma co płakać, bo oprócz naszej branży istnieje wiele innych zawodów, które muszą sobie radzić  z gorącem na swój sposób. Niemniej, jak powszechnie wiadomo, długotrwały upał wpływa mocno na samopoczucie, a ściślej mówiąc na rozdrażnienie. Klienci nieraz dają popalić, jakby tego 🔥ognia było jeszcze mało. Pracownicy handlu też nie pozostają dłużni, gdy np. przyjeżdza wielopaletowa dostawa i cały towar wymaga natychmiastowego rozładunku, a z każdej alejki dobiega rozpaczliwe wołanie o pomoc.

    O jejku jak tutaj chłodno

    Klientom ogólnie ciężko dogodzić. Wszyscy dobrze znamy realia handlu. Mało rąk do pracy, a roboty tyle, że ciężko nad tym zapanować. Wystarczy wejść do pierwszego-lepszego marketu, a tam widać wszystko jak na dłoni. Pracownicy niczym mrówki biegają od magazynu do sali sprzedaży. Nic więc dziwnego, że pot im się po plecach leje. Jeśli mają tylko możliwość to ustawiają klimatyzację na możliwie najniższą temperaturę, zwłaszcza gdy upały dają się wszystkim we znaki. Jednak nawet w takich momentach znajdzie się upierdliwy klient, który stanie na środku i głośno zaprotestuje:

    To samo działa w drugą stronę. Czyli zimą, gdy stanowisko kasjera znajduje się tuż przy drzwiach, a mróz wwierca się aż do mózgu, zawsze znajdzie się ktoś, kto okaże niezadowolenie i powie:

    Ostra jazda Magdy Gessler na rolkach

    Ludziom się wydaje, że temperatura w sklepie ustawiana jest na życzenie klienta. Być może jakieś “mądre głowy”, które wciąż wierzą w hasło: KLIENT NASZ PAN, twierdzą też, że tak powinno być. To najpewniej teoretycy, którzy z handlem mają do czynienia tyle co Pani Magda Gessler z jazdą na rolkach – nie obrażając oczywiście Pani Magdy.

    Odchodząc trochę od tematu na myśl przyszła mi jedna sytuacja, która spotkała moją koleżankę z branży spożywczej. Jak to usłyszałam, nie mogłam się nadziwić ludzkiej głupocie. Do sklepu zadzwoniła klientka z pytaniem, czy nie będzie problemu, żeby zwrócić kilka sztuk czekoladowych batoników, które kupiła dzień wcześniej. Chcecie poznać powód zwrotu? To usiądźcie.😅

    Okazało się, że ta jakże inteligentna Pani zostawiła batoniki w samochodzie na kilka godzin i gdy wróciła (tutaj szok!) – wszystkie się rozpłynęły! Wg niej nie powinien to być kłopot dla sklepu i żądała wymiany na nowe. Takich mamy właśnie rozpieszczonych klientów.

    Ale nie martwcie się… lato dopiero się zaczyna i na pewno podobnych sytuacji będzie jeszcze całe mnóstwo. Obiecujcie jednak, że o każdej będziecie informować mnie na bieżąco! Takie smaczki lubię najbardziej.😋 Trzymajcie się dzielnie!

    NAPISZ DO MNIE, A BYĆ MOŻE TWOJA OPOWIEŚĆ TRAFI NA BLOGA.🖐🛒

      FANPAGE FACEBOOK

      Dołącz do mojej społeczności

       

      DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

      Jestem kasjerem🛒

      Archiwa

      Grafik kasjera. O prośbach grafikowych słów kilka.

      Grafik kasjera to nieodłączny element jego pracy. Ta z pozoru zwykła kartka papieru niejednokrotnie okazuje się być wyrocznią i determinantą tego, czy Twoja zmiana w sklepie będzie udana, czy wręcz przeciwnie…

      atrybut alt grafik kasjera

      Zacząć należy od tego, że stworzenie miesięcznego grafiku dla kilku lub kilkunastu osób to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, jeśli Twój kierownik respektuje tzw. prośby grafikowe. Wówczas może się okazać, że tego samego dnia ¾ zespołu chciałoby akurat dzień wolny, ale z wiadomych przyczyn ktoś będzie musiał się poświęcić, bo sklep wolnego mieć nie może. Dla zwykłego śmiertelnika pracującego standardowym systemem 8h to niedorzeczne, żeby zgłaszać prośby o dzień wolny (zaznaczam, że to nie to samo co urlop). Jednak handel rządzi się nieco innymi prawami i w nim nie ma miejsca na żadne standardy. 😉

      Lata pracy w handlu pozwoliły mi wyodrębnić kilka typów kasjerów, którzy utarli pewne schematy i co miesiąc zachowują się tak, jakby grafik miał być ułożony wedle ich uznania i na ich polecenie. 

      NIE WPISZĘ ŻADNYCH PRÓŚB, ALE PÓŹNIEJ BĘDĘ NARZEKAĆ NA WSZYSTKO

      Niestety i tutaj muszę uderzyć się w pierś, bo niejednokrotnie zdarzyło mi się tak zachować. Ogólnie rzadko kiedy wpisywałam prośby. Wynikało to z szacunku do pracy kierownika. Skoro w danym miesiącu nie miałam zaplanowanych nagłych spraw (np. lekarz) uważałam, że jestem w stanie dostosować swoje prywatne sprawy do grafiku bez zaznaczania próśb. Dalej uważam, że prośby grafikowe to przywilej, który absolutnie nie powinien być nadmiernie wykorzystywany przez pracowników. Z drugiej jednak strony nasza dyspozycyjność może też zostać wykorzystana przez kierownika. Skoro w zespole ma jedną osobę, która praktycznie może pracować zawsze i kilka lub kilkanaście osób, które pracę traktują życzeniowo, to może się okazać, że najmniej pożądane zmiany dostanie ten, który najbardziej jest fair. I stąd częste frustracje po otrzymaniu grafiku. I tak źle i tak nie dobrze. Z czasem więc zrozumiałam, że należy wpisywać DW choćby w weekendy, żeby nie pracować np. 3 sobót, gdy ktoś inny nie miał ani jednej.

      JESTEM STUDENTEM I KASJEREM Z PRZYPADKU

      O jejku. Już na samą myśl o pewnych sytuacjach ze studentami w roli głównej chce mi się śmiać. Na pewno mieliście do czynienia ze studentami, których największym atutem przy zatrudnianiu była dyspozycyjność:

      – po takich słowach każdemu kierownikowi świecą się oczy i jest nimi kupiony bez reszty. No chyba, że jest starym wygą i niejednokrotnie przerabiał już tak wspaniale zapowiadające się przypadki…

      Wcale nie trzeba długo czekać, bo już pierwszy miesiąc takiego delikwenta obnaża wszystko i gdy tylko w socjalu zawiśnie kartka z prośbami grafikowymi, to przy jego nazwisku pojawia się wzór niczym na szachownicy, który obwieszcza, że co drugi dzień ma kolokwium, a weekendami pisze pracę magisterską, choć jest dopiero na I roku studiów. 😅 Co najlepsze, jeśli zdarzy Ci się raz na ruski rok wyjść na miasto świętować urodziny przyjaciółki, nie zdziw się, że ten pilny student akurat będzie siedział w sąsiedniej loży popijając Bacardi w klubie ze szklanki, choć w pracy twierdził, że cały dzień i całą noc musi przygotowywać prezentację. Oczywiście wiadomo, że jemu też należy się rozrywka, ale po co tak kłamać i kombinować?

      NIE MASZ DZIECI WIĘC NIE WIESZ NIC O ŻYCIU

      I to chyba jest moja ulubiona grupa, która na wszystkie problemy czy też oczekiwania w pracy ma jedną śpiewkę. Przecież to logiczne, że mamy nie mogą pracować w żadną sobotę, bo nie widziały dzieci cały tydzień. No i co najważniejsze – im wręcz należą się pierwsze zmiany, bo przecież muszą obiad ugotować i zrobić zakupy. Ty kobieto, która nie masz dzieci żyjesz powietrzem i nie masz żadnych obowiązków. Generalnie rodzicielstwo to straszna harówka i powinni za to płacić normalną pensję. Nie mówię, że nie (oprócz tej pensji, bo i tak w Polsce sprawy poszły już dawno za daleko), ale skoro dzieci posiadasz to chyba liczysz się z wszelkimi tego konsekwencjami, a Twoja bezdzietna koleżanka z pracy nie będzie ratować Ci tyłka, gdy tylko piśniesz słowo kierownikowi. 

      Tak to już jest, że czasami nie ma sprawiedliwości na tym świecie, a prośby grafikowe i sam grafik potrafi wywołać niezłą g*wnoburzę w zespole. I tylko szkoda w tym wszystkim kierownika, który chciałby dla wszystkich – bez wyjątku dobrze, a nie tak jak większość z uwagi na sympatię komuś zrobić lepiej, a komuś gorzej.

      Czy istnieje zatem pracownik idealny, który zawsze na wszystko się zgadza i pokornie przyjmuję grafik takim jakim jest? Myślę, że nie, a temat samego grafiku i próśb zawsze będzie budził sporo emocji – niejednokrotnie fochy i dąsy, bo ktoś znowu ma lepiej ode mnie. 😉 Przerabiałam to na własnej skórze, więc doskonale wiem o czym mówię. Jednak szkoda nerwów na tak błahe sprawy, a pracować przecież trzeba. Nie ma co oglądać się na innych, tylko zakasać rękawy i robić to co trzeba.

      FANPAGE FACEBOOK

      Dołącz do mojej społeczności

       

      DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

      Jestem kasjerem🛒

      Archiwa

      NAPISZ DO MNIE, A BYĆ MOŻE TWOJA OPOWIEŚĆ TRAFI NA BLOGA.🖐🛒

        Obrażona kasjerka i wstrętny klient – mroki handlu

        Klienci. Można by o nich książkę napisać. O ich zachowaniu, braku szacunku, zapomnianej życzliwości, czy w końcu o rozprzestrzeniającej się pladze roszczeniowości, z którą tak ciężko jest sobie poradzić. Pracownicy handlu wiedzą o tym najlepiej.

        Praca w sklepie nie jest drogą usłaną różami. Częściej cierniem. Ich wyrostki czasami potrafią wbić się tak mocno, że niejednego zwalą z nóg. Bywa, że żółtodziób poznawszy smak bycia kasjerem często już po pierwszej zmianie postanawia uciec jak najdalej stąd, byle jak najdalej – dokładnie tak jak wyśpiewała nam to 🎤Edyta Górniak. Mnogość obowiązków, braki kadrowe wiążące się z oszczędzaniem na pracownikach, a do tego trudny klient. To mieszanka iście wybuchowa, która prędzej czy później odbija się na pracowniku i jego zdrowiu psychicznym.

        Odwiedzając nie tak dawno sklep, w którym przepracowałam blisko 6 lat, klientka potraktowała mnie jak pracownika, choć była to wizyta prywatna, o której powinien poinformować ją brak uniformu pracowniczego. Pewnie rozpoznała mnie i z przyzwyczajenia zapytała o dostępność testera do konkretnych perfum. Choć wcale nie musiałam jej odpowiadać, to trochę z przyzwyczajenia, a trochę z podejścia “szybciej będzie odpowiedzieć Jej na pytanie, niż tłumaczyć, że już tu nie pracuję” odparłam:

        Klientka przerzuciła torebkę na ramię i ostentacyjnie opuściła sklep w imię protestu, który miał mi oznajmić, że właśnie się obraziła. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiało mnie co kieruje ludźmi, że w jednej sekundzie potrafią pluć jadem w stronę drugiego człowieka. Dobrobyt XXI w spowodował, że społeczeństwu wydaje się, że może wszystko. Że to wszystko będzie mieć na pstryknięcie palcami, a jeśli tego nie dostanie, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby rozjechać Cię walcem. 

        Dzięki pracy w handlu rozjechano mnie nie raz ani nie dwa. Z czasem człowiek staje się odpornym na tego typu “przepychanki”, a brak serdeczności staje się nieodzowną częścią pracy kasjera. Być może właśnie dlatego tak często zarzuca się pracownikom handlu brak uśmiechu, a oni sami kojarzeni są przez klientów z wiecznie niezadowolonymi ludźmi, którzy porażkę mają wypisaną na twarzy. W gruncie rzeczy to stek bzdur, bo nie powinno oceniać się książki po okładce. Niejednokrotnie doświadczyłam, że na pierwszy rzut oka osoba nieprzystępna okazywała się do rany przyłóż. Dlatego, odłóżmy na bok stereotypy i zacznijmy szukać przyczyny pewnych zjawisk. 

        Obrażona kasjerka - geneza

        Gdyby środowisko pracy handlowców było takie jak np. programistów, którzy po godzinie pracy przy komputerze mogą oddać się takim rozrywkom jak np. gra w bilard, to pewnie sami kasjerzy tryskali by pozytywną energią i nieustannym uśmiechem. W sytuacji jednak, gdy otaczający ich świat to w dużej części klienci, którzy lubią nie pozostawiać na nich suchej nitki, nie trzeba się dziwić, że na twarzy kasjera widnieje nadęta mina. 

        Ludzie lubią wymagać od innych, zapominając że należy zawsze zaczynać od siebie. To zasada, która od wielu lat jest mi bliska i która mocno ukształtowała mój charakter. Co więcej – niejednokrotnie pomagała mi w pracy w handlu, gdy przychodziły słabsze momenty, które często dzięki niej udawało mi się przekuć w sukces.

        Dlatego, gdy następnym razem wybierzesz się do sklepu, potraktuj obsługę tak, jak Ty sam chciałbyś zostać potraktowanym. Absolutnie nie oczekuję sztucznej życzliwości, bo i ona nie jest nikomu potrzebna. Jeśli spotkasz się z sytuacją, w której Twoje potrzeby nie zostaną zaspokojone – uderz się w pierś i pomyśl, że może następnym razem się uda lub zwyczajnie odejdź bez odgrywania durnych scen. Zrobisz z siebie tylko błazna i gwarantuje, że nawet i Tobie nie ulży, bo sam sobie podniesiesz niepotrzebnie ciśnienie. To takie proste, a tak trudne. 

        Handel to żywe kino, w którym kasjer jest widzem, a klienci grają w nim główną rolę. Czasem dostają za nią Oscara, a czasem zapracują sobie jedynie na nagrodę Złotej Maliny (antynagroda przyznawana najgorszym filmom). 

        FANPAGE FACEBOOK

        Dołącz do mojej społeczności

         

        DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

        Jestem kasjerem🛒

        Archiwa

        NAPISZ DO MNIE, A BYĆ MOŻE TWOJA OPOWIEŚĆ TRAFI NA BLOGA.🖐🛒

          3. urodziny bloga Jestem kasjerem – Rzuciłam handel?

          Tytuł wpisu mówi sam za siebie. To niewiarygodne jak ten czas pędzi. Aż trudno mi uwierzyć w to, że właśnie mija 3 lata odkąd wypuściłam w świat projekt Jestem kasjerem. Czas więc na podsumowanie minionego roku i małą spowiedź przed Wami.😉

          Ten rok zdecydowanie był dla mnie przełomowy. Zwłaszcza na płaszczyźnie życia zawodowego. Wydarzyło się tak wiele, że niejednokrotnie nie miałam czasu, by odetchnąć, ale to nic, bo lubię wyzwania, a stanie w miejscu to stanowczo nie moja bajka. Czas więc najwyższy opowiedzieć Wam o sobie i zmianach, jakie zaszły w ostatnich miesiącach. Myślę, że trzecia rocznica bloga będzie najlepszą do tego okazją. 

          Handel. Praca za kasą. Towar.
          Zmiany po 12 godzin.

          I tak w kółko. Minione lata upłynęły mi wokół obsługi klienta, a blog sprawił, że jestem najbardziej rozpoznawalną kasjerką w Polsce. Do pewnego momentu czułam, że się spełniam. Zwłaszcza w sferze blogowej, bo tworzenie treści i podejmowanie tematów związanych z naszą branżą sprawiały mi olbrzymią przyjemność.

          Osoby, które pracują lub pracowały w handlu, wiedzą doskonale jak ciężki i niedoceniony jest to zawód. Niedocenienie. To w sumie słowo klucz, które wciąż za mną podążało i nie przestawało mnie prześladować. I nie ma w tym nic złego, gdy chce się od życia trochę więcej – tak przynajmniej myślę. 

          Dzień dobry, dziękuję
          i zapraszam ponownie

           – wypowiadane niczym mantra, dzień za dniem bez cienia szansy, która mogłaby zwiastować jakąkolwiek zmianę. Zrozumiałam, że blog jest swoistym hamulcem. No bo jak prowadzić bloga o handlu, a jednocześnie zmienić branżę, aby praca za kasą stała się zaledwie wspomnieniem? No nie kleiło mi się to zupełnie i ciągle tłumaczyłam sobie, że nie ma mowy, by zmienić cokolwiek. O ironio! Blog był wtedy dla mnie najważniejszy.

          Być może nie wszyscy wiedzą, ale oprócz pracy etatowej i blogowania, od ponad dwóch lat prowadzę też własną firmę. Zawsze chciałam mieć coś swojego, budować od podstaw, rozwijać tak, aby osiągać zadawalający efekt. Moje ambicje przeniosłam na rzeczy, na które miałam realny wpływ. Dlatego praca w sklepie stała się drugorzędną sprawą. Odpuściłam i już nie zależało mi nawet na awansie, choć przyznaję, że o nim kiedyś mocno marzyłam. Z perspektywy czasu zdecydowanie wyszło mi to na dobre, tym bardziej, że awans przestał kojarzyć mi się z czymś nadzwyczajnym. 

          Praca w handlu wkrótce stała się zaledwie motywatorem i inspiracją do tworzenia treści na Jestem Kasjerem. Biorąc pod uwagę, że etat to strasznie dużo czasu, który notabene spędzałam w miejscu, które nie dawało mi nic oprócz inspiracji, doszłam do wniosku, że marnuje sobie kolejne lata życia i najwyższy czas coś z tym zrobić.

          Rzuciłam handel na rzecz rozwoju
          w branży e-commerce

          Zaczęłam więc przeglądać oferty pracy. Na szczęście wiedziałam już jaka branża byłaby dla mnie odpowiednia i w czym czułabym się dobrze, dlatego szukanie jej było o wiele prostsze niż jeszcze kilka lat temu, gdy nie wiedziałam kompletnie, w którą stronę mam pójść. Znalazłam ofertę, która wprost była idealna i spełniała w 100% moje oczekiwania. No i udało się. Mija dokładnie 5 miesięcy odkąd rzuciłam handel na rzecz rozwoju w branży e-commerce. Jednak czy ostatecznie?

          Listopad i grudzień to gorący okres sprzedażowy dla wszystkich, dlatego w tym czasie wspierałam jeszcze swoją sieć i pracowałam w niej w oparciu o umowę zlecenie. Po 8 godzinach za biurkiem, pędziłam do sklepu, aby stanąć na kilka godzin za kasą. No cóż… nie tak łatwo było rozstać się z tym zawodem definitywnie, a dzięki uprzejmości Marty (mojej Menager) wciąż mogłam mieć kontakt z klientem. Kto wie, być może jeszcze kiedyś wskoczę w uniform kasjera, aby wesprzeć sklep, z którym związana byłam tyle lat. Nie mówię temu stanowczego NIE, a i blogowi wyszłoby to na dobre.

          Co dalej z blogiem?

          Absolutnie nie żałuję lat spędzonych w handlu. Cały ten okres nauczył mnie mnóstwa rzeczy, bez których nie byłabym dzisiaj tu, gdzie jestem. Zapytacie pewnie, co dalej z blogiem? Sama ciągle zadawałam sobie to pytanie, na które nie do końca potrafiłam odpowiedzieć. Początkowo myślałam, że nie będę umiała pisać o sprawach związanych z handlem, kiedy niewiele mam z nim już wspólnego. Jednak nic bardziej mylnego! Minęło 5 miesięcy, a bloga nadal traktuje poważnie i zawsze będę stać murem za pracownikami handlu, bo nie ma co ukrywać, że jestem częścią tej branży i pozostanę nią do końca życia. Lata w handlu sprawiły, że pewne zachowania, zrozumienie i empatia w stosunku do pracowników handlu zakorzenione są we mnie tak mocno, że nic nie jest w stanie tego zmienić. Tylko kasjer zrozumie drugiego kasjera, a gdy raz stanie się za kasą – świat nagle staje się zupełnie inny.

          A gdyby tak kasjer książkę napisał?

          Chciałam być z Wami szczera, bo uważam że każdy na to zasługuje. Nie wyobrażam sobie prowadzić tego bloga i udawać, że nic się nie wydarzyło. Blog być może przybierze nieco inną formę, bo nie bywam już na sali sprzedaży, chyba że w charakterze klienta. A jak wiecie, nie każde zakupy to możliwość zaobserwowania jakichś ciekawych sytuacji, które mogłabym tutaj opisać. Nie mniej, na pewno nie zrezygnuje z tworzenia treści. Co więcej, wciąż kiełkuje w mojej głowie pomysł na książkę. Mam małe marzenie, aby ją napisać i wydać we własnym zakresie, ale oczywiście tylko czas pokaże, czy sobie z tym poradzę.

          Grupa Jestem kasjerem zgromadziła już 35 tys. Użytkowników. Każdy z Was przeżywa na co dzień wiele sytuacji z klientem w roli głównej. Jeśli ktokolwiek chciałby się podzielić swoim doświadczeniem, osobistą historią lub incydentem z pracy, pamiętajcie że zawsze jestem dla Was otwarta. Seria wpisów gościnnych jest dla wszystkich, a historie z sali sprzedaży umacniają naszą więź, dzięki której wspólnie możemy się solidaryzować i wspierać. 

          Co do mojej firmy, o której wspomniałam, a nie rozwinęłam myśli z nią związanej. Gdyby ktokolwiek był ciekawy, na co poświęcam czas po etacie, to serdecznie zapraszam na www.candysox.pl Świat kolorowych skarpetek wciągnął mnie na dobre i obok bloga, etatu to kolejne zajęcie, które traktuje bardzo poważnie.

          atrybut alt kasjer Beata Salamon

          Chcieć to móc!

          Ten wpis powstał z okazji 3 rocznicy bloga. Jeszcze rok temu w najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że tyle zmian może wydarzyć się w moim życiu. Opowiedziałam Wam o nich m.in. dlatego, żeby dać Wam nadzieję na lepsze jutro. Wiem, że są miliony ludzi, którzy nie są pogodzeni ze swoim życiem zawodowym. Ja też kiedyś tkwiłam w lekkiej beznadziei, a handel niejednokrotnie dał mi w kość. Jednak pamiętajcie, że każde potknięcie to kolejna lekcja i nowe doświadczenie, bez których ciężko iść na przód, a przecież chcieć to móc! Handel nie dla wszystkich będzie pracą marzeń i do takich właśnie osób kieruję ten wpis. Nie bójcie się zawalczyć o siebie i nigdy nie dajcie sobie wmówić, że Wam się nie uda.

          Oczywiście zdaje sobie sprawę, że wśród nas są też osoby, które uwielbiają swój fach i nie narzekają na pracę w sklepie. Szczerze Was wszystkich podziwiam. Jesteście dla mnie bohaterami! Dobrze, że jesteście, bo właśnie dzięki takim ludziom traktującym swoją pracę z pasją i zaangażowaniem handel może przestać się kojarzyć ze znudzoną, sfrustrowaną kasjerką.

          PS. Przez moment sama nią byłam.😉🤦‍♀️

          FANPAGE FACEBOOK

          Dołącz do mojej społeczności

           

          DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

          Jestem kasjerem🛒

          Archiwa

          NAPISZ DO MNIE, A BYĆ MOŻE TWOJA OPOWIEŚĆ TRAFI NA BLOGA.🖐🛒

            Handel solidarny z Ukrainą

            Wydarzenia ostatnich dni wstrząsnęły całym światem. I choć wojna na Ukrainie trwa już kilka lat, to jej aktualna eskalacja przybiera widmo prawdziwego potwora. Nie umiem sobie wyobrazić co czują nasi wschodni sąsiedzi, jednak jedyne co napawa optymizmem to solidarność i ludzka, bezinteresowna pomoc, która tak chętnie jest udzielana nieznajomym Ukraińcom – często obcym, a jednak tak bardzo bliskim naszemu sercu.

            atrybut lat handel solidarny z Ukrainą

            Handel to jeden z podstawowych filarów gospodarki w każdym kraju. W ostatnich latach z uwagi na sytuację polityczną lub materialną wielu Ukraińców zdecydowało się na opuszczenie swojego kraju. Masa z nich osiedliła się w Polsce. Ściana wschodnia naszego kraju szczególnie jest tego świadkiem. Mieszkając w Rzeszowie od kilku lat sama zauważam jak wielu ukraińskich braci i sióstr zdobyło pracę właśnie w handlu. I to jest świetna wiadomość. Sektor ten z roku na rok wciąż komunikuje o brakach pracowników i tę lukę w sporej mierze zapełniają Ukraińcy. 

            Biedronka wyciąga pomocną dłoń

            Z uwagi na agresję Rosji w stosunku do Ukrainy wiele firm próbuję wyciągnąć pomocną dłoń do ofiar reżimu Putina. To niezwykle ważne, by w sytuacjach kryzysowych nie patrzeć na portfel, a kierować się empatią i solidarnie udzielać pomocy. Na szczególną uwagę zasługuje Biedronka. I choć o tej sieci krąży wiele negatywnych opinii, to jej postawa w związku z aktualnymi wydarzeniami jest godna podziwu i naśladowania.

            Sieć Biedronka podjęła decyzję o przyznaniu wszystkim pracownikom obywatelstwa ukraińskiego zatrudnionym na umowę o pracę bezzwrotnego wsparcia finansowego w wysokości 1000 zł. To gest solidarności sieci z ukraińskimi pracownikami, szczególnie ważny dla tych, których rodziny pozostały na Ukrainie.

            Jak podaje Biedronka, sieć zatrudnia ok. 1 800 osób z Ukrainy, które codziennie obsługują klientów lub pracują w centrach dystrybucji. Bezzwrotne zapomogi losowe będą wypłacane w ramach programu „Możesz liczyć na Biedronkę”, po złożeniu przez pracownika wniosku przez stronę www.dlanaswjm.pl w szybkiej i uproszczonej procedurze. Pierwsze wypłaty w ramach tego programu trafią do beneficjentów już w przyszłym tygodniu, niemal zaraz po tym jak wpłyną pierwsze wnioski od pracowników.  

            Co więcej, Biedronka komunikuje, że pracuje nad specjalną uproszczoną ścieżką zatrudniania dla członków rodzin pracowników oraz dodatkowym wsparciem dla ukraińskich kolegów i koleżanek – wkrótce sieć przedstawi w tych sprawach szczegóły.👏

            Netto wycofuje ze sprzedaży ukraińskie produkty

            Wierzę, że za Biedronką pójdą też inne sieci, które wyciągną pomocną dłoń do pracowników z Ukrainy. Jak podaje portal Wiadomości Handlowe, kolejną siecią, która solidaryzuje się z Ukrainą jest Netto. Sieć zdecydowała się na wycofanie ze sprzedaży towarów pochodzących z Rosji i Białorusi. Wcześniej dyskonter ogłosił obniżkę cen 40 codziennych, podstawowych produktów o 30% w sklepach zlokalizowanych niedaleko wschodniej granicy. Z promocji skorzystać mogą wszyscy klienci.

            A co my – polscy kasjerzy możemy zrobić, kiedy do naszych zespołów dołączą wschodni sąsiedzi? Przede wszystkim ciepło Ich przyjąć i okazać wsparcie, szczególnie gdy początkowo widoczna będzie bariera językowa. Potraktujmy Ich dokładnie tak samo, jak my chcielibyśmy zostać potraktowani w sytuacji dla nas kryzysowej. Myślę, że nie trzeba o tym przypominać, bo wierzę że w każdym z nas znajdą się olbrzymie pokłady współczucia, empatii i chęci pomocy człowiekowi, którego dosięgła straszna tragedia. 

            A Wy jak pomagacie?

            *dochód z wyświetlonych reklam przeznaczony będzie na pomoc Ukrainie za pośrednictwem Polskiej Akcji Humanitarnej (https://www.pah.org.pl/wplac/)

            FANPAGE FACEBOOK

            Dołącz do mojej społeczności

             

            DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

            Jestem kasjerem🛒

            Archiwa

            Jestem kasjerem: O panującym chaosie w dyskoncie

            Ostatnio na grupie Jestem kasjerem pojawił się udostępniony post, który w dość trafny sposób opisywał to, jak wygląda sala sprzedaży jednego z największych dyskontów w naszym kraju. Nazwy nie wymienię, ale wierzę, że DYSKONT kojarzy się wielu tylko z jedną siecią.

            atrybut alt Jestem kasjerem: O panującym chaosie w dyskoncie

            Oczywiście pragnę zaznaczyć, że absolutnie nie neguję tej sieci za całokształt. To miejsce pracy wielu osób i na pewno znajdą się tacy, którzy każdego dnia z dumą noszą logo na roboczym uniformie. Zdarza mi się jednak robić w niej zakupy, jednakże ilekroć tam jestem, wychodzę lekko rozdrażniona. Zakupy traktuje bardzo konkretnie. Nie lubię się nad nimi zbytnio rozwodzić, dlatego z reguły wchodzę z zamiarem skompletowania potrzebnych artykułów i szybko udaje się w stronę kas. Niestety, ilekroć zdarza mi się odwiedzać ów dyskont zakupy w nim to nie lada wyzwanie. Już na starcie mój poziom stresu wzrasta, bo próba znalezienia wolnego koszyka zakupowego często kończy się fiaskiem. Nie zawsze potrzebuję targać wielki wózek, który tylko zajmuje niepotrzebne miejsce w i tak wąskich alejkach. Ostatnio wzięłam się już na sposób i aby wyeliminować ten czynnik stresowy, zabieram ze sobą swoją torbę wielokrotnego użytku i do niej pakuję swoje zakupy. Nie rozumiem, czemu przy wejściu zamiast piętrzących się palet z proszkiem do prania na promocji lub innymi krzykliwymi okazjami, nie może znaleźć się miejsce na małe koszyki zakupowe. Wszak to nie hipermarket, w którym klienci kupują całymi kartonami. Efekt jest taki, że gdy popatrzę na innych klientów, często trzymają w rękach zakupy przytrzymując je brodą. Całkiem możliwe, że wzięliby więcej, ale brak koszyka zakupowego powoduje, że już nie mają możliwości.

            Idąc głębiej jest tylko gorzej. Pokonuje slalom wielkich wózków zakupowych klientów, którzy bezmyślnie zostawiają je, gdzie popadnie, a sami błądzą po sklepie w poszukiwaniu szczęścia. Zdarza się, że taki konsument zastawia drzwi od lodówki tak, że nikt się do niej nie może dostać. Wkraczam więc i odsuwam jeden z tych wózków, bo akurat potrzebuję wyjąć ciasto francuskie, a zza pleców dobiega do mnie piskliwy głos kobiety, żebym zostawiła ten wózek, bo to jej. Nosz kurde! Kultura osobista każe mi przemilczeć tę sytuację, zabieram więc produkt z lodkówki i odchodzę, aby nie zostać posądzoną o kradzież metalowego wózka, który choć jest własnością sklepu, to tak naprawdę tej klientki – to tak w gwoli wyjaśnienia, gdyby ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości.

            Wchodzę w kolejną alejkę i trzymam kciuki, żeby reszta zakupów przebiegła bezboleśnie, ale nie. Wielkie palety, które dopiero co rozładowane z tira właśnie wjeżdżają na salę sprzedaży. Pracownicy w popłochu, próbują się uwijać, ale co rusz przeraźliwy (naprawdę straszny!) dzwonek na kasę każe im zostawić towar i lecieć, aby rozładować kolejkę. Paleta więc paletę pogania. Stoją olbrzymie, a slalom wózków zapełnia wolną przestrzeń tak, że człowieku nie przejdziesz. Wycofuje się więc i rezygnuje z piątej pozycji swojej listy zakupów. Wracam się z powrotem na dział owoców, bo wcześniej było przy nim tak tłoczno, że odpuściłam. Z oddali widzę, że ludzi nadal przybywa, a dodatkowo dobiega mnie jakiś huk. Pracownik siedzi na maszynie i zmywa posadzkę na warzywniaku w godzinach największego szczytu. W tym momencie pojawia mi się w głowie myśl:

            "Ja pierd***, kto normalny tym zarządza?!”

             – nie mając absolutnie pretensji do pracowników, którzy gołym okiem widać, że mają ręce pełne roboty. Zanim zdenerwuje się na dobre, szukam logicznego wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Pracuje w handlu więc wiem, że czasem coś się stłucze, rozwali i trzeba posprzątać. Szukam więc jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale nie znajduję. Klienci raz po raz przesuwani są to z prawej, to z lewej strony, a mycie posadzki trwa w najlepsze. Mina pracownika obsługującego maszynę obwieszcza światu, że gdyby tylko mógł, przeniósłby świat gry GTA na rzeczywistość – tu i teraz.😉 Jeśli po tym akapicie pojawi się lawina komentarzy, że być może było brudno – uprzedzam, że nie było. Należę do osób pedantycznych i potrafię ocenić jasno sytuację. Mądry kierownik, który widzi tabuny ludzi na sali sprzedaży, poprosiłby pracownika, aby sprzątanie przełożył na luźniejszy moment, bo na pewno takie się zdarzają. Ale po kierowniku ni widu, ni słychu, a cyrk trwa w najlepsze.

            Co więcej… gdy patrzę na pracowników – szczerze im współczuję. Na ich twarzach widać przemęczenie, złość i ogólne niezadowolenie z wykonywanej pracy. I trudno się tutaj dziwić, gdy warunki w jakich przyszło im pracować wcale nie pomagają i nic nie zapowiada, by cokolwiek miało się zmienić. Chaos, cyrk – każdy może znaleźć swoją definicję panujących zwyczajów w tej sieci. Jako baczny obserwator tego co tam się dzieję, odnoszę nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że pracownicy tych sklepów powinni otrzymywać rekompensatę za pracę w szkodliwych warunkach. Szczerze wszystkich podziwiam, że dają radę i to znoszą. Jako pracownik handlu wiem, że nasza branża do łatwych nie należy, ale porównując moją pracę, a to z czym muszą mierzyć się pracownicy tego dyskontu to niebo, a ziemia. Oczywiście nie wolno mi generalizować, bo być może jest w tym kraju jakiś sklep, który ze względu na mniejszą ilość klientów całkiem dobrze sobie radzi z opisanymi wyżej problemami. Być może w jakimś sklepie pracownicy są doceniani i nie cierpią na chroniczne zmęczenie. Póki co jeszcze takiego sklepu nie znalazłam, a odwiedziłam ich naprawdę dużo choćby przy okazji wykonywania audytów Tajemniczego Klienta, którym byłam kilka lat.

            Fenomen tego sklepu nie przestaje mnie zaskakiwać. Wszyscy narzekają, a i tak zawsze jest tam pełno ludzi.

            Niezależnie od pory dnia lub nocy. Ogólna opinia o sieci dyskontów zdecydowanie nie jest pochlebna, a i tak sieć się rozrasta. Tylko do czego to wszystko zmierza? Oszczędności, redukcje etatów, jeden pracownik pełni obowiązki na trzech stanowiskach. Tak się nie da i kiedyś ta guma po prostu pęknie. Być może niedługo sieć postanowi zlikwidować regały i klienci będą sięgać po produkty prosto z palet, bo tak będzie szybciej i OSZCZĘDNIEJ? Na koniec – sięgając do ogólnodostępnych danych, sieć o której mowa odnotowała za 2021 r. wzrost przychodu aż o 11% w stosunku do 2020 r. Być może, gdyby przeznaczyć więcej budżetu na ludzi, sytuacja w sklepach wyglądałaby lepiej? Tylko wtedy w portfelu prezesa znalazłoby się pewnie o kilka banknotów mniej, a tego by nie przeżył.💸 Taki to właśnie handel XXI w. 

            Ważne, aby uświadamiać klientów, że to nie kasjer jest odpowiedzialny za sposób zarządzania sklepem i to co w nim się dzieje. Podobno to kasjer jest wizytówką sklepu. Ciężko jednak świecić przykładem i wspinać się na wyżyny świetnej jakości obsługi klienta, gdy taki kasjer nie ma czasu nawet podrapać się po głowie, a  co dopiero bezbłędnie odpowiadać na potrzeby klienta. Przez właśnie takie zarządzanie, które stawia na ilość, a nie jakość pracownicy handlu wciąż są postrzegani jako maszynka do zarabiania pieniędzy, a stereotypy wokół naszego zawodu piętrzą się niczym palety kolejno ustawione w alejkach na sali sprzedaży.

            atrybut alt jestem kasjerem o panującym chaosie w dyskoncie

            *Komentarze wklejono za zgodą ich autorów

            FANPAGE FACEBOOK

            Dołącz do mojej społeczności

             

            DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

            Jestem kasjerem🛒

            Archiwa

            Kasjer po świętach – urlop potrzebny od zaraz

            atrybut alt kasjer po świętach - urlop

            Wszyscy uwielbiamy wolne dni od pracy. Niezależnie jaki zawód wykonujesz – czy jesteś kierowcą, górnikiem czy tak jak ja kasjerem przerwa świąteczna lub jakiekolwiek inne święto, które powoduje, że nie trzeba iść do pracy wywołuje masę radości i uśmiechu. Nie ma co się dziwić. Każdy lubi leniuchować, a pracy wielu Polaków ma po dziurki w nosie.  Zwłaszcza taki kasjer po świątecznej gorączce zakupów…

            Jednak… Święta, święta i po świętach. Założę się, że ta jakże błyskotliwa sentencja wypowiadana była w niejednym domu. Pracownicy handlu ledwo co otrząsnęli się po tłumach klientów przed świętami, a tu kolejne super okazje zachęcają konsumentów do robienia zakupów z okazji nocy sylwestrowej, nie wspominając o zwrotach, które wynikają z nietrafionych prezentów świątecznych. No nie ma lekko, niestety.

            Miliony ludzi chcąc zdążyć z przygotowaniami z okazji tego rodzaju świąt bierze sobie urlop. Trzeba przecież posprzątać, zrobić zakupy, ugotować. Zadań jest cała masa, a natłok obowiązków może kumulować złość i frustracje. Te bardzo często wylewane są na pracownikach handlu – najczęściej na kasjerach.

            DZIEŃ PRZED WIGILIĄ

            Bo kasjer to przecież robot. Nie potrzebuje czasu na przygotowania. Ma dyżurować jak policjant i czekać aż Pani Nowak przypomni sobie, że nie kupiła jednej 🧅cebuli, której i tak nie uda jej się zużyć, bo jej mąż Stefan przypomni jej z wielkim wyrzutem, że po cebuli ma wzdęcia. A to kolejny powód do kłótni.

            NIEDZIELA NIEHANDLOWA, SIEĆ SKLEPÓW SPOŻYWCZYCH ŚWIADCZĄCA USŁUGI POCZTOWE

            Nie przyjdzie mu oczywiście do głowy, że właśnie przez takich przyjemniaczków cała masa pracowników handlu musi zapieprzać w niedzielę, bo przecież sklep spożywczy musi być otwarty 7 dni w tygodniu 24 h / dobę. Co będzie jak komuś zabraknie cebuli?

            Nie muszę chyba przytaczać historii, która wraca co roku jak bumerang – po świętach Bożego Narodzenia, czas na Sylwestra. 31 stycznia Pani Roksana o godzinie 16:48 zorientuje się, że nie kupiła rajstop i jej całą kreację ch** bombki strzelił, Sylwestra nie będzie, bo jej najbliższy, osiedlowy sklep wywiesił na drzwiach, że 31.12. ma czynne tylko do 16:00. SKANDAL!

            Być może za dużo w tym wpisie sarkazmu, ale on nie bierze się z niczego. Pracując w sklepie byłam świadkiem tylu dziwnych, wręcz niedorzecznych sytuacji, że czasami naprawdę uszy więdną, a ręce opadają. Człowiek jest prawdziwą hieną, gdy coś nie idzie po jego myśli. Klienci lubią być pępkiem tego świata, jednak na szczęście coraz więcej sprzedawców odważnie artykułuje sprzeciw wobec druzgocących zachowań konsumentów. Czasami trzeba utrzeć im nosa, ot co!

            Szczęśliwego Nowego Roku!

            CZAS NA URLOP🎈

            FANPAGE FACEBOOK

            Dołącz do mojej społeczności

             

            DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

            Jestem kasjerem🛒

            Archiwa

            atrybut alt kubek kasjera
            PRZEJDŹ DO SKLEPU

            Niesłyszący kasjer – spokojnie ja nie gryzę!

            Z Ewą miałam okazję poznać się osobiście dzięki Jestem kasjerem. Podobnie jak większość z Was do grupy dołączyła przypadkiem. Pamiętam, jak dziś Jej post, w którym wręcz błagała o pomoc w poszukiwaniu pracy. Czułam, że muszę Jej pomóc i nawet przez chwilę nie zwątpiłam w to, że się uda. Był grudzień 2019 r. – wtedy jeszcze nikt z nas nie miał pojęcia o zbliżającej się wielkimi krokami pandemii. Postanowiłam stworzyć plakat „KASJER SZUKA PRACY” i dzięki dużej ilości udostępnień postu, Biedronka nawiązała kontakt z Ewą.  Od tamtej pory (blisko 2 lata) Ewcia pracuje w jednej z rzeszowskich Biedronek. Wpadłam kiedyś do niej w małe odwiedziny i dzięki temu mogłyśmy się poznać bezpośrednio i wymienić szybkim przytulasem. Od tamtej pory jesteśmy w stałym kontakcie, a dzisiaj przychodzimy do Was z wpisem, w którym to Ewa opowie o tym, jak wygląda jej praca.

            NIESŁYSZĄCY KASJER

            Rany, blisko 50 na karku, a dokładnie mam 48 lat. Kiedy to minęło? Nie mam pojęcia. W natłoku zajęć i obowiązków, czy prac w ogrodzie człowiek nie czuje upływu czasu. Jestem niesłysząca od urodzenia. Oj, jak ta wada mi przeszkadzała w szkole podstawowej dla słyszących dzieci, jednak to była najlepsza decyzja moich rodziców, abym tam uczęszczała, bo teraz mogę w miarę normalnie komunikować się z innymi. Nie dość że wstydziłam się nosić aparat słuchowy, to jeszcze musiałam siedzieć w pierwszej ławce i bardzo uważnie patrzeć na nauczycieli. Dużo dały mi zajęcia logopedyczne. Nauczyłam się czytać z ruchu warg i uwielbiałam bazgrać w zeszycie. To bazgranie było dla mnie ukojeniem. Moje ręce szukały zajęć, aby oczy mogły się nimi nacieszyć, gdyż uszy nie dawały przyjemności słuchania śpiewu ptaków. Chciałam iść do szkoły plastycznej lub artystycznej. Niestety w moim mieście nie było takiej szkoły, a na dojazdy mama się nie zgodziła. Tym bardziej na internat więc wybrałam krawiectwo, aby kontynuować tradycję wiekową. Lubiłam szyć, ale nie czułam się dobrze w tym zawodzie jako pracownik. Jako osoba niesłysząca miałam problem w poszukiwaniu pracy. Wreszcie znalazłam ją w zakładzie pracy chronionej jako introligator – to była praca w drukarni. Uwielbiałam ją.

            W międzyczasie wyszłam za mą i urodziłam synka, a po urlopie wychowawczym nie miałam już dokąd wracać. Firma upadła. Przepracowałam tam jakieś 5 lat. No cóż. Trzeba iść do przodu. Nie poddałam się. Wkrótce podjęłam pracę w przedsiębiorstwie obuwniczym. Też było super. Nie widziałam siebie za biurkiem i dlatego taka praca była dla mnie przyjemnością.  Kolejna ciąża – poród – urlop macierzyński i czar prysł. Znowu nie mam pracy. Co zrobić? Parę miesięcy szukałam, składałam CV i cisza. Przeczytałam w gazecie, że będzie rekrutacja pracowników do Tesco. Rozważałam za i przeciw – czy dam radę jako pracownik niesłyszący? Zaryzykowałam i zostałam przyjęta do pracy. Na początku trudno mi było zrozumieć niektóre słowa wymówione w pośpiechu. Na kasie również musiałam się pilnować, gdy towar skanował się po kilka razy i nie słyszałam dźwięku skanera. Jednak kierownictwo było wyrozumiałe za co jestem im bardzo wdzięczna. Ogromną przyjemność sprawiało mi wyszukiwanie czy wykładanie towaru. Czułam się dobrze na sklepie i między współpracownikami. Uprzedziłam ich wcześniej, że jestem niesłysząca i prosiłam, aby mówili do mnie wyraźnie. Przyjęli to ze spokojem i poczułam, że jednak dam radę. Satysfakcją dla mnie było to, że mogłam obsłużyć niesłyszących klientów w języku migowym, który znam od dzieciństwa. Uczył mnie starszy brat też niesłyszący. Zrozumiałam, że praca w sklepie to jest to co lubię. Wprawdzie to nie to samo co w drukarni, ale też dawała mi możliwość fajnej aktywności.

            Po kilku latach w związku z przeprowadzką  z miasta na wieś musiałam też zmienić miejsce pracy. Z Przemyśla przeniosłam się do Rzeszowa. Również do Tesco. Nie miałam problemów z aklimatyzacją. Dałam radę, bo wiedziałam, że innej opcji nie ma. Dojeżdżałam busem ponad 40 km. No i jeszcze szłam kawałek pieszo. Zresztą czy to było ważne? Miałam pracę i tylko to się liczyło.  Rzeszowskie Tesco było dużo większe i miałam więcej obowiązków. Towarowanie, przecenianie, liczenie strat. I tak codziennie. Na kasie nie pracowałam już i poczułam ulgę, że nie muszę się tym stresować. Minęły kolejne lata – w sumie 13 lat pracy w Tesco aż przyszła informacja, że zamykają sieć. Przyjęłam to ze smutkiem. Tyle lat w handlu, to był dla mnie drugi dom. Znów pojawiły się wątpliwości – co dalej? Gdzie znajdę pracę? Wiedziałam, że pracodawcy boją się przyjmować osoby niesłyszące. Być może obawiają się braku dobrej komunikacji. Kilka miesięcy szukałam, składając CV do różnych sklepów w różnych miastach o zasięgu do 40 km.  Rossmann, Kaufland, Brico Marche, Leclerc, Biedronka. Codziennie czekałam na jakikolwiek znak, SMS, email jednak wciąż prześladowała mnie głucha cisza.

            Do znalezienia pracy przyczynił się blog Beaty, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Biedronka pod jej postem napisała komentarz z prośbą o kontakt. Pamiętam ten dzień, miałam jechać do Sanoka z dziećmi, a tu dostałam SMS w sprawie pracy w rzeszowskiej Biedronce. Serce zabiło mi mocniej tak jakbym szła na randkę. W końcu! Może się uda! Powinno się udać! I udało się.  To że 40 km dalej to nie ma znaczenia. Ważne, że praca jest i jako niesłysząca też mogę dalej w sklepie działać.  Wprawdzie troszkę inne zasady panują tam niż w Tesco, ale wszystkiego się nauczyłam, a współpracownicy są wyrozumiali. Staram się jak najlepiej pracować w miarę swoich możliwości. Wiem, że są osoby, które narzekają że ciężko, że mają dość. To prawda. Ja jednak mimo wszystko lubię swoją pracę. Bo jak nie tu, to gdzie?  Codzienna poranna pobudka do pracy czasami jest męcząca, ale przynajmniej mam sporo czasu na popołudniowe prace w ogrodzie i warzywniaku. Relaksuję się podczas pielenia między grządkami czy wykonywania ozdób ogrodowych.  Daje mi to wielkiego kopa do dalszego działania. 

            Teraz mamy pandemię i te maseczki. Gdyby nie to, życie byłoby łatwiejsze. Dla niesłyszących maseczki bardzo ograniczają zrozumienie mowy. Codziennie mam taką sytuację, gdy klient pyta o cokolwiek, a ja nie rozumiem go i proszę o ściągnięcie maseczki jednocześnie pokazuję swój znaczek na koszulce „NIESŁYSZĄCY PRACOWNIK”. Czasami zdejmują bez problemu, ale czasem nie chcą tego zrobić (zazwyczaj starsi ludzie).  Zauważyłam, że jest spora liczba osób, które nie wiedzą co oznacza znak na mojej plakietce – czyli znak ucha na niebieskim tle. Czasami mam ochotę im powiedzieć: SPOKOJNIE, JA NIE GRYZĘ! No, ale wiadomo trzeba ich tak obsługiwać, aby byli zadowoleni. Byłam kilka razy na kasie obsługując klientów w maseczkach. Samo skanowanie to bajka, ale w momencie pytania o kartę biedronki, klienci padają nr telefonu i tu klops. Nie rozumiałam nic. Podawałam im wtedy małe karteczki i długopis prosząc o zapisanie nr telefonu. Zdziwieni byli, ale zapisywali. Po wpisaniu nr do systemu karteczki im oddawałam lub je niszczyłam. Kasa jest dla mnie dużym wyzwaniem, dlatego czuję ulgę pracując między alejkami. Oczy muszę mieć wtedy co prawda zawsze dookoła głowy, bo nie zawsze usłyszę to co bym chciała. Staram się też mieć zawsze wzrokowy kontakt z innymi pracownikami na wypadek jakbym sobie nie poradziła z klientem, to wiem że mogę go odesłać do koleżanki lub kolegi i oni mi chętnie pomogą.

            Zdarzają się też zabawne sytuacje. Pamiętam ten moment, kiedy bateria w aparacie słuchowym sygnalizowała wyczerpanie i chciałam pójść do szatni i ją wymienić. Podszedł do mnie wtedy klient w maseczce, więc poprosiłam go o zdjęcie. I to był błąd, bo jego wąsy przypominały te u Piłsudskiego i na nic zdał się brak maseczki. Zaczęłam więc improwizować. Brak powietrza i tysiąc słów w głowie, aby skojarzyć o co mu mogło chodzić.  Żur, sól, stół? Coś w ten deseń, więc dopytuję czy chodziło mu o sól. Wąsaty klient zaczyna krzyczeć, że o żurek mu chodzi. No i tak się jakoś dogadaliśmy. Ktoś inny szukał pana Tadeusza więc mówię, że u nas taki nie pracuje. A klient na to, że o wódkę mu chodzi – no tak, właśnie tyle mam wspólnego z alkoholem. 🙂 Z wielką chęcią obsługuję niesłyszących klientów. Podszedł do mnie raz pan pokazując mi w telefonie obrazek konkretnych plastrów opatrunkowych. Powiedziałam, że takich nie mamy, ale są inne. Pan bezradnie pokręcił głową i od razu zrozumiałam, że nie słyszy i z przyjemnością w języku migowym wytłumaczyłam mu o co chodzi. Widziałam, że był zadowolony z mojej pomocy, a mi aż serce się rozradowało, że mogłam komuś pomóc.

            Pomyślałam sobie, że fajnie by było tak kasjerów przyuczyć trochę podstawowych znaków języka migowego przydatnych w sklepie. No ale póki co trzeba inaczej sobie radzić.  Warto mieć długopis, pisak lub cokolwiek do pisania. Jeżeli kasjer widzi, że klient nie potrafi mówić, wystarczy mu podać długopis i pokazać gest, aby napisał co chce kupić. Bardzo ważna jest mimika twarzy. Osoby niesłyszące czy głuchonieme szukają kontaktu oczy-usta, czytają z ust czy ruchów twarzy. Słyszący kasjerzy – pracownicy sklepów nie mają czego się obawiać z ich strony. Oni potrzebują trochę więcej czasu na zrozumienie. Wystarczy prostymi słowami czy znakami im pokazać. I oczywiście w geście zrozumienia czy zgody pokazać kciuka w górę.  I nie powinno też to zdziwić, jak np. osoba głuchoniema dotknie nasze ramię, tzn., że chce o coś zapytać czy pokazać. Oni też są ludźmi i to nie ich wina że nie słyszą. Potrzebują tylko więcej zrozumienia i tolerancji, których czasami  w naszym społeczeństwie brakuje.

            atrybut alt niesłyszący kasjer
            Archiwum prywatne: Ewa Kolano

            Polecam: Skarpetki w sowy

            KASY SAMOOBSŁUGOWE OKIEM KASJERA

            O kasach samoobsługowych każdy kasjer z pewnością mógłby książke napisać. Jeśli lubisz humor i dużą dawkę rozrywki, wystarczy zatrudnić się w sklepie z ów kasami, a zaoszczędzisz na biletach na stand-up lub dobry kabaret. Przestrzegam jednak, że podczas pracy z kasami samoobsługowymi, mogą wystąpić skutki uboczne określane mianem wku*wienia pospolitego (przepraszam za wyrażenie, ale tym razem musiałam).

            Kasy samoobsługowe miały być dobrodziejstwem ludzkości, natomiast z mojej perspektywy – perspektywy kasjera, są jej przekleństwem. Mija ok. 1,5 roku, kiedy to na łamach tego bloga, opublikowałam wpis: Dlaczego kasy samoobsługowe nigdy nie zastąpią człowieka? Poczynając ten wpis nie sądziłam, że przeżyję na własnej skórze tyle dziwnych sytuacji z nimi związanych. Wtedy jeszcze w sklepie, w którym pracuję nie było zainstalowanej żadnej kasy samoobsługowej, a tamten wpis powstał na skutek obserwacji tego co dzieję się w innych sklepach. Pora więc na małą aktualizację, gdyż sztuczna inteligencja zagościła u nas na dobre i chyba prędko się nie wyniesie…

            KASY SAMOOBSŁUGOWE OKIEM KASJERA

            Kolejki – nikt ich nie lubi. To zrozumiałe, że każdy chce załatwić swoje zakupy tak szybko, jak to tylko możliwe. Kasjer delikatnie wychyla się zza kasy, żeby rozeznać się w sytuacji. O losie! Kolejka jak stąd do nieba. Czas ogłosić krótki komunikat:

            Wzrok klientów do połowy wypowiedzianego zdania wymierzony był w stronę kasjera. Gdy usłyszeli wzmiankę o kasach samoobsługowych ich oczy automatycznie powędrowały ku sufitowi, tak jakby ta sprawa wcale ich nie dotyczyła.

            Jednak nie jest aż tak źle. Oto jeden ze śmiałków podejmuje wyzwanie i choć niepewnym krokiem, to rusza ku maszynie. Kasjer kątem oka sprawdza co dzieje się na linii kas samoobsługowych, dokonując jednocześnie obsługi przy tradycyjnej kasie.  Śmiałek traktuje sztuczną inteligencję z wyższością. Zapomina, że z nią także należy się “zapoznać” – już nie słownie i o ile “dzień dobry” można sobie darować, to należałoby co najmniej przeczytać komunikat, który wyświetla się na jej ekranie. Ale po co, kiedy człowiek chce zabłysnąć prędkością światła i znajomością tego co tak naprawdę jest nieznane.

            Śmiałek bierze produkt do ręki i poszukuję kodu kreskowego. Znalazł. Wkrótce zaczyna się nerwowe błądzenie wzrokiem w poszukiwaniu skanera. To najczęściej przezroczysta pleksa z czerwoną diodą – nie sposób jej nie zauważyć, ale zdarzają się takie przypadki jak ten… Klient nerwowym już ruchem próbuje nabić szampon i macha nim w pobliżu skanera (ufff, brawo przynajmniej wie, gdzie jest skaner). 🤦‍♀️Jednak nie! Moja radość była przedwczesna. Widocznie źle przyłożył produkt, skaner go nie odczytał i zamiast spróbować raz jeszcze, klient postanawia sprawdzić, czy jednak ów skaner nie został umieszczony na ekranie kasy.

            Przykłada więc szampon do ekranu i przesuwa go wzdłuż jego szerokości, później wzdłuż długości, następnie po przekątnej. W tym momencie mam ochotę uruchomić teleportację i uciec z pracy na bezludną wyspę. I choć jeszcze nie opanowałam tej sztuki, to wciąż wierzę, że kiedyś mi się to uda. Kontynuuję zatem obsługę klientów przy tradycyjnej kasie. Śmiałek zaczyna nerwowo mamrotać coś pod nosem, a szampon nadal nie został zeskanowany. Nie poddaje się jednak, robi krok w tył, żeby złapać większą perspektywę kasy samoobsługowej i jest! Wpada na kolejny, genialny pomysł. Postanawia podjąć próbę skanowania szamponu w miejscu, gdzie jest przytwierdzony terminal płatniczy. Skoro potrafi posługiwać się kartą, to chyba powinien wiedzieć do czego służy PIN Pad. Przykłada więc szampon do terminalu z nadzieją, że ten wreszcie zeskanuje jego produkt. Kolejny raz pudło!❌

            Na ratunek przybywa inny klient, który podchodzi z własnej woli do kasy samoobsługowej obok. Bez trudu wybiera kolejne opcje na ekranie, następnie bezbłędnie odnajduję kod kreskowy, skaner i wreszcie słychać to wyczekiwane PIP ze strony kasy samoobsługowej. Eureka! Produkt został zeskanowany! Śmiałek z otwartymi ustami spogląda na sąsiada i bierze z niego przykład. Wreszcie mu się udało i zadowolony opuszcza sklep, jakby nigdy nic. Nie ma nawet pojęcia, że jego zachowanie będzie inspiracją do październikowego wpisu na moim blogu.👩‍💻

            Morał z tego jest jeden. Nie ma co udawać, że jest się we wszystkim biegłym. Prawda jest też taka, że kasy samoobsługowe w każdym sklepie wyglądają inaczej i mają inny model obsługi. Niezależnie jednak od ich opcji, najpierw należy poświęcić kilka sekund na przeczytanie tego co znajduję się na jej ekranie startowym. Tam zawsze umieszczone są instrukcje postępowania i każdy (nawet największy laik technologiczny) będzie umiał sobie z nią poradzić. 

            O kolejnych dziwnych sytuacjach z kasami obsługowymi w roli głównej będę informować na bieżąco – pozostajemy w kontakcie!🖐🛒

            FANPAGE FACEBOOK

            Dołącz do mojej społeczności

             

            DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

            Jestem kasjerem🛒

            Archiwa