Drogi Czytelniku

Mam nadzieję, że nie trafiłeś tutaj przypadkowo, a jeżeli tak, to zdecydujesz się zostać ze mną na dłużej. Zapraszam Cię w podróż po świecie, który nie należy do najłatwiejszych.
Jestem kasjerem i codziennie walczę o przetrwanie. Powalczysz ze mną?

Tagged: obsługa klienta

Na pierwszy rzut oka: klient buc, świr i bezczelny?

Wpis ten dedykuję wszystkim Klientom...

Podchodzisz do kasy i bez słowa oczekujesz szybkiej transakcji. Nie uraczysz mnie spojrzeniem i automatycznym uśmiechem. Nigdy nie wiem, jak mam się wtedy zachować. Wyczuwam bowiem, że taka transakcja powinna być niema. Nie mogę jednak tak postąpić. Każdy klient, to kolejno wypowiedziane formułki zdań, które niczym mantra wybrzmiewają z ust kasjera, tylko po to by dopełnić procedury obsługi klienta. BUC. Zawsze jako pierwsze skojarzenie na niemego klienta przychodzi mi słowo: BUC. Swoją drogą to taki śmieszny, trzyliterowy wyraz. Ale jak inaczej określić kogoś, kto nie potrafi nawet odpowiedzieć na “dzień dobry”? Odchodzisz od lady, zabierając produkty i kierujesz się do wyjścia. Bez słowa pożegnania wychodzisz. A ja jeszcze przez chwilę stoję przy kasie i zastanawiam się, co jest z ludźmi nie tak oraz gdzie podziały się dobre maniery i i kultura osobista.

Kojarzę Cię. Jesteś częstym gościem w naszym sklepie. Nieco częstszym niż potrzeby przeciętnego klienta. Nie zawsze przychodzisz po zakupy. Obsługa sklepu wymienia między sobą znaczące spojrzenia. W ten sposób sygnalizuje, że na sali sprzedaży jest ktoś, przed kim należy uciekać. Jednak nie wszyscy mogą schować się w pomieszczeniu służbowym. Jeden kasjer musi zostać na posterunku. To było pewne, że podejdziesz do mnie i kolejny raz (myślę, że już tysięczny) zapytasz o to samo – o to, co zwykle. Wyprzedzam Twoje pytanie i odpowiadam bez zawahania, doskonale wiedząc, że i tak w żaden sposób nie wykorzystasz uzyskanej informacji. ŚWIR. Zawsze wtedy, przychodzi mi na myśl słowo: ŚWIR. Bo jak inaczej określić kogoś, kto minimum 4 razy w tygodniu przychodzi do sklepu, tylko po to, by zaczepić kogoś z obsługi i zadać mu wciąż powtarzające się pytania? Gdy wreszcie wychodzisz, reszta załogi z uśmiechem na twarzy współczuję mi, że akurat dzisiaj wypadło na mnie. A Ty zapewne tu wrócisz jutro lub pojutrze – a my jak zwykle będziemy gotowi.

Nie widzę Cię jeszcze, ale słysze z drugiego końca sklepu. Bawię się więc w detektywa i podążam kolejno alejkami, by wreszcie Cię wytropić. Poruszasz się w bardzo chaotyczny sposób. W jednej dłoni trzymasz telefon, przystawiony mocno do ucha. Mam wrażenie, że uchwyt jest tak silny, że za chwilę włożysz go sobie do wnętrza głowy. Mogłabyś być speakerem – Twój ton głosu jest taki silny. Nie zwracam uwagi na treść rozmowy, bo sposób jej prowadzenia wywiera na mnie negatywne emocje. BEZCZELNA. Zawsze wtedy do głowy przychodzi mi słowo: BEZCZELNA. Przychodzisz do sklepu i bez najmniejszego wstydu pozostawiasz w nim ułamek swojego życia. Nie obchodzą Cię inni. Każdym kolejnym słowem taranujesz wszystkich dookoła. Nie sposób nie zwrócić na Ciebie uwagi. Nie szanujesz pracowników obsługi, której głowa pęka od harmideru panującego w sklepie. Jasne… dołóż jej jeszcze kolejne decybele, których siła mam wrażenie przekracza wybuch bomby atomowej. Ok, przesadzam. Ale nie znoszę osób, które przychodzą do sklepu i rozmawiają przez telefon. Ty i tak się nie skupiasz na zakupach. Zrobiłaś obchód wszystkich alejek. W końcu machasz ręką i wychodzisz, a w Twoich oczach dostrzegam jakby łzę. To pewnie alergia na klimatyzację.

Wbrew temu, co myślicie, nie będzie to kolejny wpis w obronie kasjerów, a jednocześnie przeciwko klientom. Zastanawiałam się długo, czasami sama nad sobą i swoim postępowaniem względem nich. Oczywiście wyżej wymienione przypadki, stanowią codzienność. Postanowiłam jednak przyjrzeć się temu zjawisku nieco bliżej, by choć trochę zrozumieć ich postępowanie. 

Ten niemy klient (BUC), którego wzrok nie uraczył moich oczu, a głos nie dotarł do mych uszu, być może – czysto hipotetycznie jest aspołeczny. Dla niego samo przyjście do sklepu jest niesamowitym wyzwaniem, a starcie przy ladzie stanowi sytuację niczym z filmu sensacyjnego. W jego głowie być może, już na dzień przed zakupami, klarują się obrazy i przypuszczenia ewentualnych zagrożeń. Zagrożeniem rzecz jasna jest obsługa klienta. Jego celem jest po prostu zakup niezbędnych produktów i jak najszybsza ewakuacja z niewygodnego dla niego miejsca. Wszelki dialog jest dla niego zbędny i właściwie nie do osiągnięcia. Choć być może, wciąż próbuje stawiać sobie wyzwania i któregoś dnia wróci, by samemu rozpocząć dyskusję – przezwyciężając lęk społeczny. Trzymam kciuki i nie mogę się doczekać!

Ten uprzykrzający wszystkim życie (ŚWIR) to klient, który być może w minionych miesiącach stracił osobę, która była dla niej najlepszym przyjacielem. Kimś, z kim mógł porozmawiać, wymienić się spostrzeżeniami, wyżalić, opowiedzieć po prostu o sobie. Jeśli człowiek zawęża swoje kręgi towarzyskie tylko i wyłącznie do partnera, pewnego dnia może się ocknąć i uświadomić sobie, że tak naprawdę poza nim nie ma nikogo, kto byłby dla niej przyjazny i bliski. Być może ten ŚWIR szuka wsparcia wśród obcych osób. Nie chce być szaleńcem w dosłowny sposób, dlatego nie zaczepia ludzi na ulicy. Przychodzi do sklepu, by choć przez chwilę skupić na sobie uwagę. Zadaje pytania o rzeczy, które tak naprawdę w ogóle go nie interesują. Chce zaspokoić potrzebę przynależności, która w ostatnich miesiącach jest na tak rozpaczliwym poziomie. Ten nazwany przeze mnie ŚWIR to osoba, od której bije wręcz poczucie samotności. Podczas 5 minutowej wizyty w sklepie pragnie zostać zauważony, bo tak bardzo tęskno mu za byciem potrzebnym.

A Pani BEZCZELNA? Wkurzam się, gdy wchodzisz z słuchawką przyklejoną do ucha i zapominasz o podstawowych formach savoir-vivre. Nie widzę jednak tego, że telefon, który otrzymałaś właśnie wywraca Ci świat do góry nogami. Zaplanowałaś sobie zakupy po ciężkim dniu w pracy. Realizujesz plan lecz po drodze dopada Cię nieszczęście. Dowiadujesz się, że Twoja Mama ciężko choruje i nie wiadomo, czy istnieje jakakolwiek forma ratunku. Przedzierasz się więc kolejno przez wszystkie alejki sklepu w poszukiwaniu wyjścia. Robisz to chaotycznie, nie zdając sobie z tego sprawy, bo najważniejsza dla Ciebie w tym momencie jest Twoja Mama. Masz w nosie obsługę i pozostałych klientów – i słusznie. Ja też miałabym ich w głębokim poważaniu, gdy w grę wchodzi zdrowie najbliższej osoby. Oczywiście, że wychodzisz z pustymi rękoma, bo jak do diaska można myśleć o płynie do wc lub kredce do oczu. A propos tych oczu… ta łza, która na pierwszy rzut oka wydawać by się mogła konsekwencją alergii na klimatyzator – wcale nią nie jest. To łza smutku i rozpaczy – ale tego kasjer nie widzi… tego kasjer nie dostrzega.

Myślę, że poczyniony przeze mnie wpis można przełożyć na wiele warstw życia. Takie sytuacje nie zdarzają się tylko nam kasjerom. Każdy, kto pracuje z drugim człowiekiem jest narażony na takie wypadkowe. I tylko od nas samych zależeć będzie, jak podejdziemy do tematu. Czy będziemy w myślach wyzywać danego człowieka, bo nie zachował się tak, jak my sami byśmy tego oczekiwali? Czy jednak wystarczy nam siły i zrozumienia na właściwą interpretację ludzkiego zachowania? Wszyscy jesteśmy równymi ludźmi. Bądźmy dla siebie dobrzy, tylko tyle. Z taką refleksją Was zostawiam… i do następnego wpisu. Trzymajcie się ciepło i dbajcie o siebie. 🤚

Newsletter

Newsletter

Dlaczego Pani jest taka zmęczona?

To dość niecodzienne pytanie, które zadał mi jeden z klientów, który właśnie podszedł do stanowiska kasowego. Być może w tym dniu nie wyglądałam zbyt dobrze lub po prostu zwyczajnie na mojej twarzy zabrakło uśmiechu. Trudno uśmiechać się do każdego klienta, gdy średnio obsługuje się ich ok. 250 w ciągu jednej zmiany. Pytanie klienta odebrałam bardzo pozytywnie. W jego głosie wyczułam coś w rodzaju troski.

Moja błyskotliwość, czasem mnie samą wprawia w osłupienie 😉, jednak była to jedyna odpowiedź, która przyszła mi do głowy.

Odparł klient, zabierając produkty z lady. Na pożegnanie rzucił jedynie znacząco, dziwne spojrzenie. Szkoda, że nasze życie nie jest filmowane 24h/dobę, by w dowolnym momencie móc przewinąć taśmę i przeanalizować pewne wydarzenia. Jeżeli przed obsługą tego klienta wyglądałam na zmęczoną, to jak mogłam wyglądać po jej obsłudze?

To nieprawdopodobne, w jaki sposób ludzie potrafią oceniać i jak nie boją się głośno wypowiadać swoich mądrości. Pozornie miło rozpoczynający się dialog, może w krótkim czasie okazać się pełnym niechęci i złych intencji. Zastanawiam się, jak potoczyłaby się nasza rozmowa, gdybym sformułowała swoją odpowiedź w inny sposób. Np. coś w stylu “boli mnie głowa”. Czy klient wyraziłby współczucie, czy może już z góry przewidział, że chce mi dowalić, bo np. ma gorszy dzień, a kasjer to najlepszy obiekt do wyładowania swoich frustracji? Po tej sytuacji doszłam do wniosku, że ludzie za nic mają zawód kasjera. Przykładów na to jest cała masa, ale pozostawię je sobie na kiedy indziej…

Pozytywnym wydźwiękiem tej sytuacji jest fakt, że ten jakże przemiły klient, stał się natchnieniem do poczynienia niniejszego wpisu. Jako, że moja pamięć bywa ulotna, momentalnie oderwałam kawałek papieru z rolki kasowej, by zanotować słowo w słowo zdanie klienta: DLACZEGO PANI JEST TAKA ZMĘCZONA?

A jaka mam być? Wypoczęta, zrelaksowana, pełna energii, uśmiechnięta, wdzięczna, bo klient robi zakupy? Poświęcił swój cenny czas specjalnie tylko po to, by kupić szampon do włosów za 13,99 zł. Jest bohaterem, bo udało mu się zapłacić drżącą ręką – kartą zbliżeniowo, a na koniec zadrwić z pracy kasjera. Drogi kliencie, mam małe marzenie, aby ten wpis jakimś cudem dotarł do Ciebie, byś może przez chwilę chociaż zastanowił się nad dziwnością swojego zachowania. I oczywiście za chwilę grupa klientów (bo przecież nie kasjerów 😉) z oburzeniem zacznie komentować i krytykować słuszność tego wpisu, bo przecież skoro już pracuje na kasie, to chyba znam swój zakres obowiązków. Tak, oczywiście że znam. Jednak nie przypominam sobie, by w tym zakresie istniał zapisek: “Tolerować, akceptować, wysłuchiwać, przytakiwać klientowi, gdy ten ma potrzebę wylania pomyj. Dla klienta – wszystko”.

Po drugie, jeśli już mowa o zakresie obowiązków, to warto podkreślić, że zawód kasjer, to nie tylko obsługa na kasie. To przede wszystkim ciężka, fizyczna praca, która często wiąże się z pracą na nogach. Podczas 8 godzinnej zmiany, mam prawo tylko do 15 minut przerwy, podczas której moje nogi mogą odpocząć w pozycji siedzącej. Podczas zmiany 12 godzinnej przywilej ten wydłuża się o kolejne 15 minut, czyli 30 minut w pozycji siedzącej vs 11 godzin 30 minut na nogach. No, ale… DLACZEGO PANI JEST TAKA ZMĘCZONA?

I brawo dla pracodawcy, który umożliwia siedzenie przy stanowisku kasowym i obsługę w tej pozycji. Niestety, mój pracodawca nie wpadł na pomysł, aby w ten sposób odciążyć kasjera. Być może dlatego, bo stwierdzenie “stanie na kasie” straciłoby dla niego jakże ważny sens znaczenia. 😉

Pewnego dnia, zupełnie eksperymentalnie wyposażyłam się w inteligentny zegarek (to nie jest artykuł sponsorowany, dlatego nie podaje marki :D), który monitoruje m.in. poziom tętna, ilość zrobionych kroków, ilość przebytych kilometrów, czy też ilość przebytych pięter. Wynik można oglądnąć poniżej na załączonych zdjęciach.

W czasie 12 godzinnej zmiany zrobiłam prawie 11 tys. kroków, co przekłada się na dystans blisko 8 km. Dla porównania norma dla mnie stanowić miała zaledwie 5920 kroków. Szybka kalkulacja, pozwala stwierdzić, że blisko dwukrotnie wykonałam tę normę. W czasie tej samej zmiany wspięłam się na wysokość 21 pięter (norma dla mnie w danym dniu to 10 pięter), ale przecież DLACZEGO PANI JEST TAKA ZMĘCZONA?

Idąc dalej w statystyki, w tym samym dniu obsłużyłam 232 klientów na stanowisku kasowym i mam wrażenie, że drugie tyle na sali sprzedaży, odpowiadając na pytania:

Oprócz przedstawionych statystyk, podczas 12h zmiany zajmowałam się również rozkładaniem towaru, który nie został jeszcze uporządkowany po ostatniej dostawie i zalegał na strefie dostaw. Zawsze w takich sytuacjach musi wjechać kolejna, która uszczęśliwia pracowników jakże okazałymi i pękatymi paletami. W związku z cięciem etatów na zmianie jest tylko dwóch kasjerów, ale przecież DLACZEGO PANI JEST TAKA ZMĘCZONA?

I wiecie co jest najgorsze w całej tej sytuacji? Fakt, że gdy to piszę i odtwarzam sobie ten feralny dzień, to naprawdę jestem zmęczona i już nawet nie samą pracą fizyczną, a ludźmi, którzy bez chwili zastanowienia potrafią zdenerwować kasjera dziwną uwagą, zachowaniem, miną, tzw. “sapiechą”, tak by cała reszta zmiany, była już totalnie nieudana. Na szczęście po każdym nieciekawym dniu w pracy przychodzi kolejny, pełen energii i dobrego nastawienia. Wszystko to aż do momentu pojawienia się klienta, który “uszczęśliwi” nas na całą resztę dnia – a to niewątpliwie nieuniknione. Taka jest właśnie praca kasjera, ale no… 

A jak Wy radzicie sobie z docinkami klientów? Chętnie przeczytam o Waszych nieprzyjemnych sytuacjach z sali sprzedaży, bo zakładam że jest ich całe mnóstwo. Czekam na komentarze. Trzymajcie się ciepło!

P.S. Istnieje (jakieś na pewno) prawdopodobieństwo, że jeżeli wpis ten będzie przez Was udostępniany, to Klient od “Dlaczego jest Pani taka zmęczona?” go przeczyta  – podobno marzenia się spełniają… POMOŻECIE?😉

Newsletter

Jestem kasjerem i zakładam bloga!

Przeciętny człowiek za głowę się złapie, gdy usłyszy, że kasjer zdecydował się prowadzić bloga.

– Kasjer? O losie! Świat zszedł na psy. Co takiego kasjer może mieć do powiedzenia? Co za czasy! Współcześnie każdy może uprawiać publicystykę, ale na szczęście nie każdy się do tego nadaje – np. taki kasjer – powiedział klient.

Powyższy, przypuszczalny komentarz przeciętnego klienta, nie został przeze mnie dodany ze względu na brak wysokiej samooceny lub problem wynikający z posiadanych kompleksów. Z całą pewnością znam swoją wartość, dlatego przeciwstawiam się wszystkim osobom, które twierdzą, że zawód sprzedawcy musi być kojarzony z brakiem wykształcenia i ambicji. W społeczeństwie tkwi głęboko zakorzenione przeświadczenie, o tym że praca na kasie jest konsekwencją braku zaangażowania i słabych wyników w nauce. Nie od dziś wiadomo, że nauczyciele, wprost straszą swoich uczniów następującym stwierdzeniem:

“Kowalski Ty nieuku! Jak tak dalej pójdzie, to skończysz na kasie, albo będziesz zamiatał ulice.”

I trudno tutaj winić samego nauczyciela. Każdy, bowiem wypracowuje sobie swój system motywacyjny. Być może ów nauczyciel nie ma w sobie zbyt wiele z kreatywności, dlatego powiela stwierdzenie, które trwać będzie jeszcze przez wieki.

Z drugiej jednak strony, nie chciałabym generalizować. Zawód kasjer, tak jak i szereg innych: listonosz, pracownik biurowy, policjant lub trener na siłowni – wcale nie wymaga od ludzi wyższego wykształcenia. Wystarczy co najmniej średnie, aby móc spełniać się w tym, w czym dana osoba czuje się najlepiej. Wobec tego, dlaczego nie ma nic wdzięcznego, gdy mówimy o tym, że jesteśmy kasjerami, podczas gdy listonosz lub pracownik biurowy mówi o swoim zawodzie z uśmiechem na twarzy, często chełpiąc się wykonywaną profesją? Bywa, że “stanie na kasie” jest dla niektórych czymś gorszym i godzi w ludzkie ambicje. Tak było i ze mną. Moja historia nie jest nadzwyczajna. Jestem przypuszczalnie taka sama, jak Wy – odbiorcy, którzy być może poświęcą trochę swojego czasu na przeczytanie moich przemyśleń.

Pamiętam doskonale moment, gdy ukończyłam szkołę średnią. Następnie studia, podczas których podejmowałam się różnych prac. Rozpoczęłam fenomenalnie – staż w Prokuraturze Rejonowej jako pracownik biurowy. Ktoś mógłby powiedzieć, że całkiem niezły początek. Rodzina pękała z dumy, ja sama zresztą też. Staż jednak szybko się skończył, a ze względu na brak wolnych etatów, nie było możliwości stałego zatrudnienia. Szukałam więc dalej, by móc poczuć choć odrobinę niezależności finansowej. I znalazłam. Praca w jednej z galerii handlowych. To było moje pierwsze zetknięcie się z pracą na kasie i obsługą klienta. Jako 19 letnia dziewczyna doznałam swoistego szoku, który wynikał z nieświadomości, jak wiele pracy należy włożyć, aby sklep funkcjonował na zadowalającym poziomie.

Myślałam stereotypowo: kasjerka trochę sobie zeskanuje produktów, porozmawia z klientem, poplotkuje z koleżankami – żyć, nie umierać! Nic nadzwyczajnego, a już na pewno nic wymagającego. Oj, szybko się zorientowałam, w jak olbrzymim błędzie byłam. W sieciówce wytrzymałam 6 miesięcy. Odeszłam stamtąd z wielką ulgą, obiecując sobie, że już nigdy, ale to przenigdy nie będę kasjerem

Życie jednak lubi płatać figle. Obietnica, którą sobie złożyłam przetrwała całe 5 lat. Podczas 5 lat pracowałam w różnych branżach, szeroko omijając sektor handlu. Nadszedł jednak moment, w którym postanowiłam rzucić całe swoje dotychczasowe życie i przenieść się do innego miasta, w którym miałam rozpocząć wszystko od nowa. Setki rozesłanych CV,  kilka telefonów zwrotnych, kilka rozmów kwalifikacyjnych, kilka dni próbnych i wszystko to po to, by drugi raz w życiu rozpocząć swoją przygodę jako kasjer. Przygodę, która trwa do dzisiaj.

Pamiętam doskonale rozmowę kwalifikacyjną, która otworzyła mi drzwi do jednej z sieciówek. Targały mną skrajne emocje. W końcu przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej nie stanę po drugiej stronie lady. Jednak Trener i Manager, którzy prowadzili rekrutację wywarli na mnie tak pozytywne wrażenie, że postanowiłam zerwać z obietnicą i spróbować raz jeszcze. Z dnia na dzień poznawałam zasady funkcjonowania sklepu, które znacznie różniły się od tego, w którym pracowałam wcześniej. Tysiące procedur, obsługa klienta na którą kładziono mocny nacisk i towar, którego nie było końca. Mimo wszystko przetrwałam trudny początek, a wszystko to za sprawą ludzi, którzy tam pracowali. Po 6 miesiącach pracy na kasie dostałam szansę na rozwój. Już nie musiałam stać na kasie, ale masa innych obowiązków, które spadają na kierownika zmiany, czasami powalała z nóg. Nadal jednak miałam stały kontakt z klientem.

I tak było przez 3 lata, kiedy to dopadł mnie wewnętrzny kryzys. Wiadomo, obsługa klienta, praca zmianowa nie należą do najłatwiejszych. W dodatku z miesiąca na miesiąc wprowadzano u nas zmiany, które ciężko było zaakceptować, bo wiązały się one z dodatkowymi obowiązkami. Jako, że nigdy nie miałam szansy na pracę w zawodzie wyuczonym, postanowiłam złożyć swoje CV do pracodawcy, z nadzieją że być może zostanę zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. I tak też się stało. Rozmowa poszła gładko. I kolejny raz w moim życiu przyszedł moment, gdy targały mną emocje i do końca nie byłam pewna, czy podejmuje słuszną decyzję.

Zwolniłam się. Na szczęście rozstałam się w pozytywnych emocjach, a ówczesny Manager zapewnił, że gdybym jednak stwierdziła, że praca którą podejmuje nie jest dla mnie, mam możliwość powrotu. To było budujące i dało mi olbrzymi komfort psychiczny.

Praca w wyuczonym zawodzie miała być czymś, czym zajmę się już do końca życia. Rodzina po raz drugi pękała z dumy. Po raz kolejny rozpoczęłam nowy etap w życiu. Etap, który trwał zaledwie 4 miesiące.

Zwolniłam się (jestem w tym naprawdę dobra 😉 ) i zrozumiałam, że nie tylko rodzaj wykonywanej pracy się liczy, ale także (a może przede wszystkim) ludzie, którzy z nami pracują. Bez dobrej atmosfery w pracy, nie da się wytrzymać na dłuższą metę. Czułam, że z dnia na dzień staje się bardziej zgorzkniała – wszystko za sprawą bezdusznych współpracowników, których wywierana presja wpędzała mnie w bliżej nieokreślony stan. Niestety, moje doświadczenie z “budżetówką” nie zaliczam do udanych, a wszystko za sprawą wewnętrznie panujących układów i mentalności przysłowiowych pań z urzędów. Niestety, mimo głowy pełnej pomysłów i zapału do pracy uniemożliwiono mi działanie, które wybiegało poza schematy typowego, biurowego myślenia. W związku z brakiem planu awaryjnego, zdecydowałam się wrócić do poprzedniej firmy, z olbrzymim dystansem do pracy i z wielką pokorą, bo łatwo wrócić nie było. Powrót dla mnie znaczył tyle samo co porażka. Na szczęście przerobiłam ten temat sama ze sobą i aktualnie w wyniku restrukturyzacji firmy i cięć etatów, wylądowałam z powrotem na kasie. Tysiące stresujących sytuacji z trudnym klientem, spowodowały że mało, która jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. To nie znaczy jednak, że wszystko spływa po mnie jak po kaczce. Czasami potrzebuję odreagować, bo Klienci bywają różni.

Stąd pomysł na napisanie artykułu “Z życia kasjera, czyli codzienność na sali sprzedaży”, który odbił się szerokim echem i przyniósł wiele pozytywnych informacji zwrotnych. Postanowiłam pójść o krok dalej. Założyłam grupę na Facebooku “Jestem Kasjerem”, w której razem z pozostałymi Użytkownikami dzielimy się historiami, anegdotami i wspieramy się wzajemnie. To miejsce, które otwarte jest dla wszystkich tych, którzy związani są z sektorem handlu. Wkrótce wpadł mi do głowy kolejny pomysł, aby stworzyć niniejszego bloga. Zapraszam do odwiedzenia zakładki “O mnie”, aby dowiedzieć się, jakie cele przyświecają niniejszemu blogowi. Wpisy mam zamiar dodawać regularnie w bliżej nieokreślonych odstępach czasowych. 😉 

Zachęcam do dołączania do naszej społeczności. Stwórzmy wspólnie przyjazne miejsce, w którym będzie można dzielić się historiami z życia kasjera. 
Niech wreszcie zawód kasjer przestanie kojarzyć się negatywnie! 

To tyle tytułem wstępu, który miał na celu przybliżenie Wam mojej osoby. W końcu najważniejsza sprawa, to wiedzieć z kim ma się do czynienia. Czekam na Wasze komentarze pod niniejszym wpisem. Być może ktoś, będzie chciał się podzielić ze mną swoją historią – jestem otwarta na różne formy kontaktu.  Możecie także zamieszczać propozycje tematów, o których chętnie przeczytacie w kolejnych wpisach. No i oczywiście jesteśmy w stałym kontakcie na naszej Facebook-owej grupie.  

Newsletter