DROGI CZYTELNIKU🛒

Mam nadzieję, że nie trafiłeś tutaj przypadkowo, a jeżeli tak, to zdecydujesz się zostać ze mną na dłużej.
Zapraszam Cię w podróż po świecie, który nie należy do najłatwiejszych.
Jestem kasjerem i codziennie walczę o przetrwanie. Powalczysz ze mną?
💪

Kasjer w opałach: Miłość na sali sprzedaży

Chyba wszyscy wiedzą, że okres letni (wakacyjny) kojarzy się ze słońcem, luzem no i oczywiście z miłością. Od dawna chciałam podzielić się tą historią miłosną prosto zza lady sklepowej. Pierwotnie zakładałam, że najlepszym terminem będą walentynki, ale plany planami, a covid i armagedon życiowy swoją drogą. Będąc jeszcze w klimacie lata, rzutem na taśmę przychodzę z opowieścią o jednym z moich amantów z pracy.💔

W normalnych warunkach człowiek w pracy skupia się tylko i wyłącznie na swoich obowiązkach zawodowych, jednak na pewno nie jest tak, gdy pracujesz w sklepie. Codziennie masz styczność z masą ludzi. Jest sporo stałych klientów, ale każdego dnia dostrzegasz również nowe twarze. Klienci, przedstawiciele handlowi, dostawcy towaru, kurierzy itd. Młodzi, starzy, przystojni i tacy, którym do wyglądu modela daleko. Aaa i jeszcze pachnący tak obłędnie (pozdrowienia dla Pana z Bakomy), że gotowam zrobić zamówienie ponad normę, co koleżanki do tej pory mi wypominają. 😉 

Mimo ogromu bodźców z zewnątrz, pomiędzy tymi uśmiechami i głębokimi spojrzeniami w oczy w moim życiu uczuciowym wiało nudą, bo od dłuższego czasu jestem sama. Czasami tylko pojawił się fajny w moim odczuciu klient, dumnie prezentujący błyszczącą obrączkę – znak tego, że jakaś kobieta mnie już ubiegła.

Ten marazm uczuciowy trwał aż do pewnego styczniowego poniedziałku, kiedy covidowa pandemia hulała w najlepsze. Wszystko zaczęło się od choroby naszej Pani Kierownik (a niby złego licho nie bierze😋) i tego, że zostałyśmy na posterunku tylko z Zuzą. Teoretycznie poniedziałki nie należą u nas do tych najgorszych dni pod względem ilości pracy, ale jak się wali jedna kwestia to można mieć pewność, że później problemy ruszą lawinowo.

Tego dnia byłam „na tyłach” sklepu, czyli ogarniałam masarnię i chcąc nie chcąc musiałam też zająć się nabiałem. Zuza „stała” na kasie, chociaż trudno to nazwać staniem. Raczej był to bieg i to ze sporymi przeszkodami, bo jak na złość przyjechały jakieś zamówienia centralne towaru (przed czasem), do tego jednocześnie podjechał dostawca warzyw, a przedstawiciele handlowi się na nas uwzięli i jeden wychodził, a drugi już czekał aż ktoś się nim zajmie. Jak można się domyślić nie było różowo i nic nie wyglądało tak, jak powinno. Każda z nas była wszędzie, a to gwarancja porażki. 

Miotałam się w najlepsze między zgrzewkami jogurtów, które stały pod chłodniami i co jakiś czas podbiegałam na masarnię, aby obsłużyć fanów mięsa i wędlin. Nie miałam żadnego pomysłu, jak ujarzmić ten harmider, zatem wszystko wyglądało jak wyglądało.

Zauważyłam, że nasza stała klientka chyba chce kupić coś z lady masarniczej, więc oderwałam się od sprawdzania terminów ważności twarogów i śmietany. Ona jednak zrobiła coś, czego nie znoszę ze strony klientów. Weszła ostrożnie do mnie za ladę i po cichu zapytała, czy jestem sama? Ja oczywiście odskoczyłam, bo naprawdę nie lubię, jak ktoś „włazi” mi do mojego królestwa i dlatego pilnuję swojego terytorium niczym 🦁lwica. Mimo zdenerwowania, które starałam się ukryć grzecznie odpowiedziałam, że koleżanka zajmuje się dokumentami w biurze, ale dzięki kamerom widzi, kiedy trzeba podejść do kasy. Okazało się jednak, że źle tą Panią zrozumiałam… bo jej chodziło o to, czy jestem w związku. Dacie wiarę? Ja chyba nie miałabym odwagi zadawać ekspedientce takich pytań, biorąc pod uwagę, że znamy się tylko na płaszczyźnie klientka – obsługa sklepu. Nie wiem dlaczego, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że jestem sama i na razie nie zamierzam tego zmieniać, w sumie nie jest mi źle samej.

I tutaj zaczął się dosłownie handel ludźmi i to w biały dzień! Dowiedziałam się bowiem, że bardzo chciałaby mi kogoś przedstawić. Owa kobieta jest ciocią młodzieńca starszego ode mnie o  jedyne 11 lat, który niedawno wrócił z Anglii i szuka dziewczyny na stałe. Mało nie zemdlałam z wrażenia i nie udusiłam się ze śmiechu, ale na szczęście z opresji uratowała mnie również nasza stała klientka tylko dużo starsza i bardziej doświadczona przez życie. Powiedziała, że nie ma co szukać miłości na siłę i zresztą to przereklamowane uczucie. Byłam tej Pani ogromnie wdzięczna. Dyskretnie uciekłam zaraz do swoich zadań. Ale jak się niebawem okazało to nie był koniec moich miłosnych zmagań tego dnia, bo pół godziny przed końcem mojej zmiany, kiedy musiałam posprzątać stanowisko pracy i przekazać ważne informacje koleżance wtedy do sklepu wkroczył mój amant.

Dziarskim krokiem od razu ruszył w stronę masarni, ciocia udzieliła mu chyba szczegółowych informacji na mój temat, łącznie z tym, gdzie dzisiaj obsługuję. W związku z tym, że nie wiedziałam jak wyglądam mój potencjalny adorator rzuciłam w jego stronę standardowe: „Czy coś Panu podać?”, a nasz dalszy dialog bawi mnie i moje koleżanki z pracy do tej pory. Arkadiusz podwinął rękawy skórzanej kurtki, napuszył się jak paw, błysnął zegarkiem i oznajmił radośnie:

Biedaczyna myślał chyba, że ciocia załatwiła mu randkę na gotowo, a on ma tylko zgłosić się po odbiór swojej (?) zdobyczy. Nie wiem skąd mi się wzięła moja odpowiedź, pewnie za dużo kabaretów oglądam, bo bez mrugnięcia okiem odpowiedziałam mu:

Od tej pory jest to nasze ulubione, sklepowe powiedzonko ,będące reakcją na milion sytuacji. Dusząc się ze śmiechu, grzecznie, aczkolwiek stanowczo powiedziałam mu, że zwyczajnie nie jestem nim zainteresowana. W tym momencie Arkadiusz, nie przewidziawszy takiego obrotu sprawy bardzo obrażony zrobił w tył zwrot i najszybciej, jak mógł opuścił sklep. 

Potem jeszcze przez kilkanaście dni wystawał pod moim domem z puszką piwa w ręce, na szczęście nie śpiewał przy tym. Wszystko trwało do czasu, zanim mój pies nie pokazał mu w złowieszczym uśmiechu wszystkich zębów, co znaczyło mniej więcej „Zostaw w spokoju moją Pańcie”. Mój amant oczywiście wytrwale wypatrywał mnie w pracy, ale na nic zdały się te ukradkowe spojrzenia, a niedawno wysłał mi o 5:55 rano zaproszenie do znajomych na FB, a ja dziwnym trafem wybrałam opcje odrzuć i na wszelki wypadek go zablokowałam. Szach mat! 🙂

Jest to love story bez happy endu, ale wierzę, że najlepsze jeszcze przede mną.😊

Chcesz więcej takich historii? Zapisz się do newslettera, aby nic Cię nie ominęło⬇

Newsletter

FANPAGE FACEBOOK

Dołącz do mojej społeczności

 

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Jestem kasjerem🛒

Archiwa

Podaj dalej!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *