DROGI CZYTELNIKU

Mam nadzieję, że nie trafiłeś tutaj przypadkowo, a jeżeli tak, to zdecydujesz się zostać ze mną na dłużej.
Zapraszam Cię w podróż po świecie, który nie należy do najłatwiejszych.
Jestem kasjerem i codziennie walczę o przetrwanie. Powalczysz ze mną?

Wyznanie byłej kasjerki – Olać to! Jutro wolne!

Polub i udostępnij bloga znajomym!

Agnieszka

– była pracownica jednego z marketów. Prywatnie mama dwójki dzieci. Aktualnie pracuje w punkcie opłat i przesyłek kurierskich. Jej zainteresowania to przede wszystkim literatura – jest w trakcie pisania książki o swoim – jak twierdzi, zwariowanym życiu. 

Moje początki pracy w markecie

Zaczęłam od szkolenia, które samo w sobie nie było na tyle straszne, żeby miało mnie zniechęcić. Już po trafieniu na odpowiedni sklep zaczęła się moja gehenna. Początkowo miałam być kasjerem sprzedawcą, ale wyjątkowy zapieprz (orka na ugorze) spowodował, że stwierdziłam że albo coś wymyślimy, albo idę do domu. Kierowniczka zaproponowała etat wyłącznie kasjera… Zgodziłam się. Sądziłam, że teraz ta praca nie tyle co będzie przyjemna, ale przynajmniej nie będzie powodować we mnie odruchu wymiotnego.

Jak wygląda dzień z życia kasjerki?

Dajmy na to, że zmianę mam na 13:30 do 22:30. Zwykły dzień – sobota. Mówiąc  “zwykły” mam na myśli nie 10-go (wypłaty), czy długi weekend, bo wtedy to wygląda jakby zbliżała się wojna. Godz. 13:15 jestem w pracy, bo lubię jeszcze spokojnie zapalić. Godz. 13:20 przebieram się. Godz. 13:30 “odbijam” się w biurze. Dostaję kasetkę. Jak się trafi “ładna” to pół biedy, ale widzę – nie mój dzień – nie ma 2 gr, 5 gr, 1 zł, a w 10 zł i 20 zł mam aż całe 50 zł. Fajnie. Od początku zmiany muszę żebrać po klientach o drobne… 13:35 – jestem wpięta w kasę. Siedzę na głównej więc już jest kolejka. No to ogień!!!🔥

[pip, pip, pip]

[pip, pip, pip]

Jest 16:00. Zaczynają mi drętwieć ręce, nogi i kark. Sterta odłożonych rzeczy przez klientów, którą mam pod nogami unieruchomiła mnie zupełnie. Ale ufff! – facet prosi o papierosy. Sięgnę ręka, ale wstaje, że niby nie, żeby chociaż trochę rozprostować kości.

Godz 17:30 jak zaraz nie zapalę to będę gryźć… już nie wspomnę o tym, że bym coś zjadła. Przychodzi Agata:

W myślach: “o dziękuję Ci… Ja pierdziu, należy się jak psu buda!” Idę na sklep. Już wiem po co, bo po wózkach klientów obczaiłam co bym zjadła. Lecę do Agaty pomiędzy klientami, byleby szybko mnie skasowała. Czas tyka. Paragon wzięty – mogę iść. Zawijam na socjal, bo każda sekunda się liczy. Nie wiem sama może jestem dziwnym człowiekiem, ale lubię jeść i to bez pośpiechu. Szybkie spojrzenie w telefon, czy nie ma kontaktu od dzieci, które sama wychowuje i czy chata jeszcze stoi i mam do czego wracać.

Ufff! Tylko prośba o chrupki i wiadomość: “Uznałyśmy, że się zgodzisz i zjadłyśmy, thx.” Przegryzam bułkę z ziarnem za 0.95 zł kod PLU 12. Trzy minuty minęły. Tik – tak. Fuck! A już słyszę zasranego lektora z głośnika: “Pracownik sklepu proszony na linię kas…” Chrzań to! Kolejny haps zapijam łykiem zimnej kawy z rana, bo niemożliwe jest dla mnie zaparzyć i od razu wypić w tak krótkim czasie. Kolejny kęs, zostało 8 minut. Ja pierdziu – nic nie odpoczęłam. Po łyku kawy zaczyna mnie przeżynać. Cholera, zdążę wziąć ostatnie dwa hapsy? No nie ma szans. Idę na kibel jednocześnie przegryzając bułkę. Zostało 5 minut. Popijam resztką kawy, bo nie nadążam z przegryzaniem, byleby przełknąć. Lecę na magazyn. Otwieram drzwi zewnętrzne – Jezu! – to dziś świeci słońce? Wyciągam wcześniej przygotowanego papierosa i zaciągam się tak mocno w płuca, jak tylko się da… O Boże, ale mi dobrze.

W tle słyszę z głośnika: “Szukasz pracy, przyjdź do XX -bogaty pakiet socjalny, elastyczny grafik, świetne zarobki.” Nosz ku**a, ale brednie!  Czas minął, wyrzucam kiepa i wracam na kasę. Po drodze, jakiś typ mnie zaczepia i pyta:

W myślach: “Panie, ciul mnie obchodzą Twoje soki…” ale z pełnym profesjonalizmem odpowiadam:

Kolejna baba pyta:

No pewnie, skroje (teoretycznie nie powinnam), ale “Klient, nasz Pan.” Dochodzę do swojej kasy, trzy minuty po czasie. Widzę już wzrok Agaty twierdzący: “Ty małpo, ja też chcę iść na przerwę!” No nic. Siadam i zaczynam…

O 18:00 podchodzi zastępczyni kierowniczki z pytaniem czy jutro przyjdę do pracy ( według grafiku – wolne). “No, ale wiesz – brak ludzi…” Kurdę! No nie ma ludzi, to zatrudnijcie! Nie chcą przyjść – widocznie coś jest nie tak. Nie, nie przyjdę. Mam dzieci, które też chcą mieć mamę. Odpowiadam:

Godz. 20:00.  Oczy mnie bolą, a ten zasrany Mullermilch znowu nie wchodzi i zaś 402500136519 PLU, dziękuję zapraszam. Godz. 22:00 – w końcu zamykamy sklep i żadna łajza więcej nie przyjdzie. Sprzątam kasy, skanuję zakupy koleżanek i lecę po swoje. Jest! Ściągają mnie z kasy. 5,61 zł na plusie – ufff, że tak mało. Inaczej znowu bym pisała oświadczenie o pomyłce. Dobra, nie ma czasu. Pora lecieć, powyrzucać chleby i inny odpiek. Okruchy zamiecione – czas do domu.

Odbijam się. Potwierdzam, że byłam na przerwie. Sprawdzam czy faktycznie przyjść pojutrze na 13:00, bo w tym tygodniu były dwie zmiany grafiku. Ok, mogę iść. Wchodzę do szatni, a zastępczyni kierowniczki i dwie pozostałe dziewczyny ze zmiany – milkną. No tak… ja się nie zgodziłam, żeby przyjść, natomiast dobroduszna Matylda – będzie.

Walić to! Jutro wolne!

- Agnieszka

Ty także możesz współtworzyć tego bloga! Jeżeli tylko masz ciekawą historię z sali sprzedaży, z którą chciałbyś się ze mną podzielić, napisz do mnie! (Historia może być opisana zarówno z perspektywy kasjera, jak i klienta). Istnieje duża szansa, że nawiąże z Tobą kontakt, a Twój wpis trafi na bloga. Poniżej załączam formularz kontaktowy. 

A jeżeli nie chcesz przegapić żadnego wpisu, zostaw mi swój adres e-mail, a ja powiadomię Cię o każdej nowej aktywności.

Newsletter

FANPAGE FACEBOOK

DOŁĄCZ DO GRUPY NA FB

Archiwa

Podaj dalej!

Polub i udostępnij bloga znajomym!